niedziela, 21 maja 2017

16.''Ofiary i pocałunki''.

     Hej, Kochani. Po chwilowej nieobecności przychodzę do Was z kolejnym, już szesnastym rozdziałem. W tym miesiącu jeszcze dwie części dwóch różnych miniaturek, także szykujcie się, będziecie mieli co czytać. Tak, jak wspomniałam we wcześniejszym poście (recenzji), w rozdziale 8 została wprowadzona mała, wcześniej pominięta zmiana. Wcześniej wyglądało to tak, jakby powód napaści na Pansy był znany, a oni dalej szukają. To moja pomyłka, przepraszam. Teraz jest tak, jak być powinno, czyli ten powód (tworzenie Kamienia Filozoficznego) to tylko teoria. Zerknijcie tu, polecam. Dzisiaj śledztwo ruszy do przodu, pojawi się mały, niespodziewany zwrot akcji, już nie mogę się doczekać Waszych reakcji. Miłej lektury!
PS Koniecznie dajcie znać jak Wam się podoba zakończenie, bo bardzo chcę z niego zrobić taką perełkę. 
     Ginny patrzyła na przyjaciółkę szeroko otwartymi oczami. Nie minęła jeszcze minuta od momentu, w którym Hermiona ogłosiła jej, że z pomocą Eliksiru Wielosokowego zamieni się w dziewczynę Malfoya, a ruda już wyczuwała kłopoty.
- To ma być żart, prawda? - zbaraniała.
- Nie. Mówię całkiem serio i muszę zacząć działać szybko, zanim się przestraszę lub rozmyślę. Z rana dogadam szczegóły z Fenixą. - Hermiona zachichotała nerwowo.
- Znam ten chichot, stresujesz się, ale to zrobisz, prawda? - ruda miała co do tego mieszane uczucia.
- Zgadłaś. - jej przyjaciółka wzruszyła ramionami. Ginny poczuła, że plan Hermiony zwiastuje kłopoty.
- Nie jestem jakąś królową odpowiedzialności, ale, Herm, to jest po prostu głupie. - jęknęła zrezygnowana.
- W dobrej sprawie robi się wiele głupot. Włamałam się do magazynu eliksirów, oh, proszę cię, udawanie dziewczyny Malfoya to będzie banał. - westchnęła. - Idę się umyć i przemyśleć szczegóły. -w Ginny nadal tliły się resztki nadziei, że Granger się rozmyśli. Kiedy Hermiona wyszła z łazienki, Ginny tam weszła, a gdy Weasley wyszła, jej przyjaciółka już spała. Z rana nadzieja umarła, ponieważ, zamiast spodziewanej rezygnacji z planu, pojawiły się jego szczegóły. To zdecydowanie nie wróżyło dobrze. Uczesane, umyte, z delikatnym makijażem i spakowanymi torbami zeszły na śniadanie. Działanie ożywiło szatynkę, oderwało jej myśli od wszystkich innych kłopotów i problemów, całkowicie skupiła się na tym, co zamierzała zrobić. Ginewra z lekkim rozbawieniem obserwowała znad grzanek z miodem jak dziewczyna jej brata posoliła herbatę i zamyślona nawet tego nie zauważyła, wypijając ją do dna. Były jednak plusy tego roztargnienia - Hermiona jadła to, co podsunęła jej Ginny, dzięki czemu istniała pewność, że zje choć jeden normalny posiłek. W tym przypadku była to owsianka z konfiturą wiśniową oraz grzanka z bekonem. Ruda od dawna martwiła się o to niedojadanie, które uskuteczniała najbliższa jej dziewczyna, więc nawet nieświadome pochłanianie jedzenia przez wyżej wymienioną bardzo ją cieszyło. Po posiłku Gryfonki minęły się w drzwiach do WS z Fenixą. Ta ostatnia podeszła, by przywitać się całusem w policzek.
- Fen, mam kilka pytań. - Hermiona miała zamiar działać szybko i skutecznie, a temu sprzyjała szczerość. Fenixa uśmiechnęła się na tyle, na ile pozwalał jej kac, pozostałość po nocnym piciu w ramach zagłuszenia myśli o Zabinim.
- Zrób ze mnie Holmesa, śmiało. - mocny makijaż zakrywał cienie pod oczami.
- Ustronne miejsce byłoby lepsze. - ponownie weszły na jednej z wielu, jeszcze pustych klas.
- Często tu bywamy, następczynie Filcha. - zakpiła Fen.
- Nie życzę nam tego. - wzięła głęboki oddech. - Muszę ci coś powiedzieć.
- Śmiało. - zachęciła Romanow siadając na blacie jednej z ławek. Hermiona ze szczegółami opowiadała jej o swojej brawurowej akcji i planie. - Nieźle to wymyśliłaś. - pokiwała głową z uznaniem. - A jak rychło w czas! - westchnęła z lekka teatralnie.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - wykonała typowe dla siebie uniesienie lewej brwi.
- Na dziś umówili się na randkę, więc Malfoy tuż przed spotkankiem będzie zajęty przygotowaniami, ty pogadasz z tymi, a, szkoda słów. Potem ładnie po nią wrócisz, ona poleci na randkę. Hasło to Tolerancja. - widać było, że nawet ją to bawi.
- Ależ przewrotne. - zakpiła Ginny.
- Wojna nie zmieniła tych ludzi, tylko ukryła ich poglądy. - Fenixa wzruszyła ramionami.
- Rozumiem, że z założenia wszystko wygląda idealnie, ale pozostały pewne szczegóły. Na którą oni się umówili? Skąd weźmiemy jej włos? Jak ją uśpimy? - teraz wyglądała na znacznie mniej pewną siebie. Nienawidziła niedociągnięć.
- Wyrwę jej tego kłaka, potrafię, uwierz mi. Można jej wysłać kartkę niby od tajemniczego wielbiciela, przylezie i dalej wiesz co robić. Nie pamiętam czy on w ogóle mówił, o której się widzą, ale co to za przeszkoda? Wielkie mi halo, dziewczyno, potrafisz! - zadowolona wyjęła z czarnej, skórzanej torby fragment pergaminu, kałamarz i pióro.
- Co robisz? - spytała Gin. - I dlaczego skoro ma Malfoya przyjdzie na spotkanie z wielbicielem, co? To nie jest trochę naiwny pomysł? - nie dowierzała w szanse przedsięwzięcia.
- Piszę liścik. - wyjęła różdżkę i zaczarowała pismo, żeby nie zdradziło swojego autora. - A poza tym jest zbyt próżna, uwierz mi. Przyjdzie choćby tylko po to, żeby dowiedzieć się kto to albo, żeby się z niego pośmiać. O to się nie obawiam. - dodała spokojnie.
- To chyba będzie trochę zbyt okrutne... - zwątpiła Hermiona. Przez parę sekund milczała. - Ale gwałt i pobicie Pansy były czystym okrucieństwem, nie możemy dopuścić, żeby to się powtórzyło. Nie pozwolimy! - pewna swojego zdania pokiwała mocno głową na potwierdzenie.
- Zuch dziewczyna! - Fen wydawała się dumna. - Dam ci tego kłaka po obiedzie, na razie wyślijcie jej liścik szkolną sową, idę coś zjeść. A, i omówiłam cię z nią o 18 w korytarzu na piątym piętrze. Uważaj, żeby nikt cię nie nakrył.- podała im pergamin |
- Dzięki, wiem, co robić. - uśmiechnęła się panna Granger. Pożegnały się i Ślizgonka wyszła. Skierowały się do sowiarni, gdzie na szczęście nie było nikogo. Wybrały jedną ze szkolnych sów, po czym wysłały liścik. Ginny miała wrażenie, że znowu są podlotkami bawiącymi się w podchody i, gdyby usunąć całą ich przykrą przeszłość, pewnie tak właśnie by było. Z kolei Hermiona czuła się groteskowo, tak jakby drobne, szkolne, niegroźne, nawet nie intrygi połączyć z groźną, przerażającą sprawą. To niepokoiło, tworzyło jakieś kompletne kuriozum, w którym dwie nastolatki czujące się na emocjonalne staruszki, z pomocą wyjątkowo gówniarskiego, nieodpowiedzialnego pomysłu, miały odkryć, o ile oczywiście się uda, prawdę. Zakręciło jej się w głowie.
- Hej, wszystko dobrze, prawda? - zaniepokoiła się Weasley.
- Tak, lepiej idźmy na lekcje. - po drodze Ginny coś mówiła o Deanie, o tym jak się zmienił na lepsze, o tym jak świetnie gra, ale Hermiona ciągle udoskonalała szczegóły. Na lekcjach zachowywała się w typowy dla siebie sposób, nie chciała zwracać niczyjej uwagi, więc przykładnie notowała, uważała, zgłaszała się, udzielała bezbłędnych odpowiedzi. Na przerwach zamieniała z Nevillem po parę zdań na temat lekcji, pogody, pracy domowej, ogólnego samopoczucia. Ginewra starała się jej nie zagadywać, żeby mogła udoskonalić plan, dlatego raczej rozmawiała z Luną. I tylko w krótkich momentach bez notowania, odpowiadania lub rozmowy, stworzyła w pełni wykształconą koncepcję działania.
     Po wyjściu z klasy Fenixa udała się na śniadanie. Blaise już siedział przy stole z Draco. Podeszła do nich pewnym krokiem.
- Jak tam przygotowania do dzisiejszej randki? - zagaiła niby przypadkiem.
- Przyszło moje zamówienie. - Draco wskazał głową na paczkę leżącą przed nim na stole.
- Może już nie będziesz prawiczkiem. - zaśmiał się Zabini.
- Zamknij się. - zirytował się Malfoy.
- Ale z ciebie kretyn, naprawdę. - Romanow przewróciła oczami.
- Kochanie, mów do mnie jeszcze. - wyglądał tak beztrosko, radośnie. Stanowił spory kontrast dla dwójki najbliższych mu ludzi.
- Nie wkurzaj mnie od rana, dobrze ci radzę. - zirytowana dziewczyna nasypała sobie cynamonowych płatków i zalała je mlekiem. Malfoy grzebał widelcem w swojej jajecznicy.
- Niejadki z was. - skomentował czarnoskóry.
- A z ciebie kretyn. - fuknęła jego narzeczona.
- Mam was po uszy. - jęknął siedzący pomiędzy nimi blondyn.
- Wróćmy do ciebie, racja. Przyszło to, co zamawiałeś? - nalała sobie herbaty.
- Dokładnie to. W sumie to jestem zadowolony. - uśmiechnął się słabo, ale szczerze. Niewiele rzeczy ostatnio mu wychodziło, miło było dostać chociaż własne zamówienie kompletne i niezniszczone.
- Ona pewnie też będzie zadowolona, niezła z niej materialistka. - czerwonowłosa nie mogła powstrzymać się od komentarza. - A, na którą się umówiliście? - warto było wiedzieć.
- Jeszcze nie wiem. - wstał od stołu. - Dobra, idę na lekcje, widzimy się później. - odszedł. I ona, i Zabini spojrzeli na talerz, który zostawił Malfoy : niemal nieruszone jedzenie.
- Nie martwisz się o niego? - spytał chłopak.
- O nas się martw, musimy się z tego wyplątać. - zmieniła temat.
- Pomartwię się potem, do ślubu mi daleko. - zbył ją. Kątem oka dostrzegła, że do Wielkiej Sali wchodziła Astoria.
- Pomartwimy się razem, ale potem, to fakt. - szybko wstała od stołu, biorąc swoją torbę. Bardzo powoli, niemal z namaszczeniem szła w kierunku wybranki Dracona. Już prawie ją mijając, dostrzegła, że Astusia ma na plecach parę włosów, które wypadły z cieniutkiej, napuszonej kitki i przyczepiły się do swetra. Zadowolona z siebie podeszła bez mała na palcach i delikatnie zdjęła jeden włos.
- Co ty wyprawiasz? - obruszyła się Greengrass. Przed nią leżał liścik o tak dobrzej znanej Fenixie treści.
- Liniejesz, a ja pomagam ci to ukryć, bądź wdzięczna, nie pyskata. - wzruszyła ramionami i odeszła z niewinną minką. Pod drzwiami WS wyjęła z torby fiolkę, do której schowała niewielką zdobycz.
     Gdy zadzwonił dzwonek oznajmiający przerwę na obiad, Hermiona dotarła do Sali z prędkością światła. Rozbawiona Ginny dreptała za nią.
- Co cię tak bawi? - spytała Hermiona, kiedy usiadły już na miejsca.
- Twój zapał. - uśmiechnęła się.
- Bardzo zabawne. - odwzajemniła uśmiech. Z podekscytowania nawet nie zauważyła, że Ginewra dokładała jej na talerz jedzenie, była zbyt zajęta szukaniem wzrokiem Fenixy. Romanow, nie wzbudzając podejrzeń, weszła, usiadła przy swoim stole, zjadła zupę, rozmawiając przy tym z Zabinim, po czym wyszła. Dla Granger  to był znak. Wstała od stołu, przerzuciła przez ramię torbę i podążyła za przyjaciółką. Idąc, rozpięła torbę, do której Fen stojąca przy drzwiach wrzuciła fiolkę, tak, że nikt nie zauważył. Nie musiały tego ustalać, rozumiały się bez słów. Po tej brawurowej akcji, każda z nich poszła w kierunku następnej lekcji. Granger nie zauważyła z kim Ginny rozmawiała w WS, Fenixa, że nieopodal stał Draco ze swoją dziewczyną.
     Draco, choć nie zauważył ani Granger z Romanow, ani tym bardziej tego, co robiły, miał dość zmartwień. Ustalał z Ast godzinę spotkania.
- 18.30 pasuje? - zaproponował bez powitania, gdy do niej podszedł.
- Ale na co? - zamrugała.
- Na naszą... randkę. - ostatnie słowo z trudem przeszło mu przez gardło.
- Pasuje, kochanie. - cmoknęła go w policzek, zostawiając ślad szminki w kolorze fuksji. Starł go.
- To do zobaczenia. - delikatnie klepnął ją w pupę, radośnie zachichotała. Chciał już mieć za sobą cały ten cyrk, na który sam osobiście się zgodził.
     Do osiemnastej Hermiona była zajęta byciem idealną uczennicą, Ginny myślami o rozmowie w WS, a Fenixa powtarzaniem sobie, że na pewno akcja się uda. Po ostatniej lekcji panna Granger od razu pobiegła do dormitorium. Praca domowa i nauka skutecznie odciągnęły jej myśli od strachu związanego z nadchodzącymi wydarzeniami. O 17.30 Ginny wróciła do ich pokoju.
- Szykuj się, laleczko. - odłożyła torbę na łóżko.
- Trochę się stresuję. - wyznała szatynka.
- Masz jakiś plan? - Weasley opadła obok torby.
- Drętwota od tyłu, wypicie eliksiru, założenie jej ubrań, lochy, hasło, ploteczki, powrót, wszczepienie jej wspomnień. To tak w skrócie. - wyglądała na przejętą, mimo że starała się to ukryć.
- Zwięźle. - skwitowała ruda.
- Pójdziesz ze mną? - spytała nieśmiało.
- Oczywiście, chcę cię wspierać. - pokiwała głową. - Pora się zbierać. - wstała z łóżka. Wyszły z pokoju, zamykając go zaklęciem. Po kilkunastu minutach były już bezpiecznie ukryte za jednym z zakrętów na piątym piętrze. Astoria, w czarnej, skórzanej mini i topie w kolorze krwi, pojawiła się punktualnie. Jej włosy były rozpuszczone, natapirowane i napuszone. Wyglądała jak panienka lekkich obyczajów, a mimo to budziła w Hermionie litość. Dlatego też z największym żalem wyszeptała :
- Drętwota! - celując Greengrass w plecy. Dziewczyna nie upadła, bo Ginny, również w porywie litości, rzuciła zaklęcie lewitujące. Owym zaklęciem przeniosła ją do komórki otworzonej Alohomorą. Tam Granger wypiła Eliksir Wielosokowy, zastanawiając się, co ją podkusiło, żeby się na to skazywać, po czym rozebrały Astorię, żeby Hermiona mogła się przebrać w jej ciuchy. Przebrana i gotowa zaczęła ubierać Ślizgonkę.
- Zostaw. - powiedziała Ginny. - Ja się tym zajmę. I tak będę tu siedzieć i jej pilnować.
- Jesteś pewna? - Hermiona była wdzięczna z jednej strony i zgorszona, że tak młoda dziewczyna nosi stringi, z drugiej. Cieszyło ją, że nie musiały się zamieniać też bielizną. To byłoby niehigieniczne i niewygodne.
- Na pewno, leć. - zapewniła wciągając na bezwładne ciało nieprzytomnej dziewczyny spódnicę od mundurku Hermiony. - Astusi będzie cieplutko, nie przeziębi się, a ja nie będę czuła się niezręcznie.
- Dzięki. - pocałowała przyjaciółkę w policzek, zostawiając na nim ślad szminki.
- Powodzenia. - powiedziała Ginny. Hermiona najszybciej, jak tylko pozwalały jej na to szpilki, zbiegała na dół. Przestraszona znalazła się w lochach, gdzie, udając pewną, powiedziała hasło. Weszła wprost do jaskini węża i to dosłownie. Ślizgoni i Ślizgonki siedzieli na kanapach, fotelach i podłodze, rozstawieni po całym Pokoju Wspólnym niczym meble. Śmiali się, szeptali, rozmawiali, żartowali. Do panny Granger tego wieczoru dotarły dwie rzeczy. Pierwszą zrozumiała, kiedy nie pozwoliły Astorii upaść i kiedy zaczęły ją ubierać - choć to, co robiły było złe, cel i one reprezentowali dobro. Źli ludzie robią złe rzeczy w złych celach, złymi metodami. Dobrzy ludzie robią złe rzeczy w słusznym celu i szlachetnymi metodami. Dotarło do niej także, że jeżeli zły człowiek zrobi coś dobrego lub dobry coś złego, nie staje się tym drugim. Świat nie jest czarny lub biały. Drugą rzeczą, którą zrozumiała był fakt, że Ślizgoni nie różnili się od nich tak bardzo. Ludzie o czystej krwi dawniej odrzucali mugolaków lub mieszańców. Teraz było na odwrót, choć przecież nie różnili się od siebie niczym! To jak rozmawiali, śmiali się, wyglądało dokładnie tak samo jak u Gryfonów. Widząc w tych ludziach towarzyszy powojennej niedoli poczuła się pewniej. Poprawiła mini i ruszyła w stronę przyjaciółek Greengrass. Niestety, drogę zastawił jej Malfoy.
     Fenixa leżała samotnie w swoim dormitorium. Skończyła właśnie pakować torbę i miała się brać za pomalowanie paznokci na nowy kolor, ale usłyszała pukanie do drzwi.
- Proszę! - krzyknęła. Do pomieszczenia wszedł Blaise. - Co tu robisz? - spytała zdezorientowana.
- Draco umówił się z tą przylepą na 18.30, zostało dziesięć minut, ona zaraz przyjdzie, a ja nie mam ochoty ich oglądać. Chciałem sobie skończyć wypracowanie, zrobić zadania z run. Ogólnie trochę nadrobić moje słodkie lenistwo, bo sama wiesz, kiedyś trzeba.
- Żaden problem, po prostu sobie wzajemnie nie przeszkadzajmy. - zgodziła się. Odkręciła właśnie lakier, kiedy coś do niej dotarło. - Chwila, on się z nią umówił na 18.30? - zerwała się z łóżka, upuszczając lakier, który rozlał się na podłodze.
- Tak powiedziałem. - potwierdził lekko zdziwiony. Rozkładał rzeczy na biurku.
- Nie żartujesz, prawda? - powoli wpadała w panikę. Ryzyko, że Herm będzie musiała udawać dziewczynę Dracona, rosło.
- Nie, tym razem nie. O co ci chodzi? - nie rozumiał.
- O nie! - złapała się za głowę.
- Hej, co jest? - podszedł bliżej coraz bardziej zdziwiony.
- Wiedziałam, po prostu wiedziałam! - miała na sobie spraną koszulkę i legginsy. Podbiegła do szuflady, z której wyjęła skarpetki i bluzę. Powtarzając swoją mantrę założyła skarpetki. Dostrzegła obok łóżka trampki, ale przewróciła się sięgając po nie.
- Co ty wyprawiasz? - pomógł jej wstać.
- To się nie może stać! - powiedziała do siebie, próbując wyrwać się z jego objęć.
- Fenixa, uspokój się, proszę. - przytulił ją mocniej do siebie.
- Puszczaj! - szarpnęła się.
- Spokój! - krzyknął.
- Muszę iść! - szarpnęła się mocniej.
- Fenixa, puszczę cię, tylko mi wytłumacz! - trzymał ją w żelaznym uścisku.
- Nie, nie! - kopnęła go w łydkę.
- Uspokój się! - powtórzył. Z całej siły nadepnęła mu na stopę. Zaczęli się szarpać, ona się wyrywała, on mocniej przyciągał ją do siebie, ugryzła go, on ścisnął jej ramię, wyrwała się z jego objęć, ale nie zdążyła się obejrzeć, a on już trzymał jej twarz w dłoniach i przyciskał wargi do swoich. Najpierw zastygli, czekając co zrobi ta druga osoba. Delikatnie ją cmoknął, odwzajemniła. Rozchyliła wargi, co on wykorzystał. Dopiero, gdy ich języki się zetknęły, zorientowała się, co oni najlepszego wyprawiają. Odskoczyła nagle.
- Przepraszam. - powiedziała zaskoczona, porwała trampki w dłonie i wybiegła z pokoju.
     Draco spoglądał na nią lekko oburzony,
- Zapomniałaś o naszej randce? - spytał.
- Randce? - zastygła.
- Randce. Przecież się umawialiśmy na 18.30! Jesteś taka roztrzepana! - westchnął. - No nic, idziemy, prawda?
- Yyyy, ale ja... - jąkała.
- Nie ma żadnych ale. Idziemy, będzie fajnie. - naciskał.
- Dobrze. - poddała się, przeklinając w duchu swój głupi pomysł. Przepuścił ją przodem, ale chciała go uderzyć za klepnięcie jej w tyłek. Po drodze nie rozmawiali, bała się nawet, że on zaraz zacznie ją obmacywać. Tak się jednak nie stało, zaprowadził ją do swojego dormitorium i otworzył przed nią drzwi. W środku wszystko było czyste, posprzątane. Zamiast żyrandolu na suficie paliły się lampki nocne i lampki na biurkach. Tworzyło to przyjazną, może nawet romantyczną atmosferę, nie zakrawającą o erotyzm. Obaw, co do macanek zniknęły. Nie miała szansy dokładniej zanalizować wystroju, ponieważ Malfoy się odezwał.
- Zamówiłem nam trochę rarytasów. - wskazał głową na biurko, na którym leżało opakowanie Malinowych Miętusków. Tuż obok stały dwie butelki Lemoniady Kawowej i talerz z Bezą Powietrzną. Było widać, że się postarał. Uśmiechnęła się. Usiadł na swoim łóżku.
- Rozgość się. - grymas na jego twarzy najwyraźniej miał być uśmiechem.
     Fenixa przerażona stała na Wieży Astronomicznej. Po drodze w biegu założyła buty. Nie wiedziała czy Blaise ją gonił, ale nawet jeśli, cieszyła się, że nie dogonił. Czuła się zagubiona, zła na siebie. Ciągle analizowała w głowie całą sytuację próbując zrozumieć jak to się stało. Bała się tam wrócić, żeby nie zastać go w swoim dormitorium, ale wiedziała, że w końcu przyjdzie pora na sen. Nagle usłyszała zbliżające się kroki. Rzuciła pod nosem przekleństwo, bo nawet nie wzięła różdżki. Uspokoiła się, kiedy na Wieży pojawił się Neville.
- Co tu robisz? - spytała szorstko.
- Musiałem się przewietrzyć. A ty? - uśmiechnął się. Poczuła się zakłopotana.
- Ja też. - westchnęła. - Masz może fajki? Co cię tu przywiodło? - oparła się łokciami o barierkę.
- Nie mam. Strach. A ciebie? - zamyśliła się.
- Też strach. - musiała to przyznać. - Czego się boisz?
- To ty nie wiesz? - otworzył szeroko oczy.
- Nie bardzo. - odpowiedziała.
- Nie widziałaś wieczornego wydania Proroka? Wydania specjalnego? - nie mógł tego pojąć.
- Wyobraź sobie, że nie! - fuknęła. - Mów w końcu co się stało! - ponagliła.
- Znaleźli dziewczynę, absolwentkę Hogwartu. Zgwałcona, pobita i w śpiączce. Napisałem do Harrego i Rona czy są podejrzenia, co do sprawcy, bo z Luną i Ginny podejrzewamy, że to ta sama osoba, która skrzywdziła Pansy.
- I co? - choć było lodowato a ona miała na sobie tylko krótki rękaw, zrobiło jej się gorąco.
- I Ron odpisał, Biuro Aurorów się tym zajmuje. Takie same okoliczności, prawdopodobnie ta sama osoba. - potwierdził jej najgorsze obawy.
     Usiadła na brzegu łóżka, spoglądając na niego niepewnie. Draco najwidoczniej też był spięty, co sprawiło, że poczuła się raźniej. Nie była sama w tym poczuciu zagubienia.
- Wyglądasz dziś... ładnie. - widać było, że musiał się zmuszać do tego typu wyznań.
- Dziękuję. - wstała. - Zaraz wrócę, dobrze? - spytała.
- Coś nie tak? - chyba się zmartwił.
- Nie, nie. Yyyy... - próbowała sobie przypomnieć jakie określenie na Draco usłyszała kiedyś z ust Ast.- ... Dracusiu.
- To o co chodzi? - pogłaskał ją po ramieniu. Miał zimną dłoń, delikatny dotyk stanowił kontrast z poduszkami dłoni pokrytymi odciskami.
- Draconku, ja tak tylko do łazienki. - uciekła oczami na bok.
- Hej, przecież ci mówiłem, że nie musimy kończyć tego, co zaczęliśmy. - z całej siły zmusiła się do nieunoszenia brwi. Nie wiedziała, czego ostatnio nie skończyli, ale wnioskując z jego miny, było to niewłaściwe.
- Nie boję się, naprawdę. - zapewniła i zachichotała nerwowo.
- To dobrze. - uśmiechnął się niezręcznie. - To się zrelaksuj. - cmoknął ją w policzek, ale widząc jak sztywno to zrobił, doszła do wniosku, że nie robił tego często. Znowu usiedli na łóżku.
- To co robimy? - starała się wyglądać głupio i naiwnie. Nawet z ciałem Astorii było to trudne.
- Pogadajmy. - zaproponował. Nie bardzo wiedziała o czym zazwyczaj rozmawiali.
- Draco... - zaczęła.
- Tak? - pogłaskał ją po policzku. To było dziwnie czułe. Nie spodziewała się, że okazywał jej swoje uczucia.
- A może nie kończmy, ale zróbmy to, co zawsze? - zaryzykowała, bo przecież nie wiedziała, co robili zazwyczaj. To był błąd.
- Zaskakujesz mnie dziś. Jesteś taka... ogarnięta. - to nie był komplement, Hermionie zrobiło się przykro, że na Greengrass to działa.
- Dziękuję? - zacmokała.
- To zróbmy to, co proponowałaś. - pogładził ją po włosach.
- Czyli? - zachichotała, doskonale wczuwając się w rolę.
- To. - zbliżył jej usta do swoich i zanim zdążyła się odsunąć, całował ją mocno i zapamiętale. Nie wiedziała, co ze sobą zrobić, kiedy gładził ją po plecach, gdy przyciągnął ją do siebie. To on kierował pocałunkiem, był władczy i zdecydowany. To kontrastowało z wcześniejszą czułością, Hermiona nie chciałaby być całowana codziennie przez kogoś, kto odwalał całą robotę. Nie zorientowała się jednak, że po chwili odwzajemniała mocny, zachłanny pocałunek. Oderwali się od siebie, był uśmiechnięty. Poza tym wstydem, niezręcznością i niechęcią do siebie, zauważyła, że na jej skórze powoli zaczyna być widać napis Szlama. W tym momencie znowu zetknął ich wargi.
     I jak Wam się podoba? Mam nadzieję, że Was zaskoczyłam i nie rozczarowałam :)! Koniecznie chcę poznać Wasze opinie! Kolejna ofiara, taki zwiastun powrotu Rona na scenę, pocałunki i, niestety, mało Draco. Ale, ale, obiecuję, że Malfoy wróci w kolejnym rozdziale! A tymczasem oczekujcie jeszcze dwóch miniaturek w tym miesiącu, kochani.
Pozdrawiam, Eleonora.

niedziela, 7 maja 2017

Recenzja ''Quidditch przez wieki''.

    Witajcie! W kwietniu z braku komentarza samolubnie, przyznaję, nie napisałam tego, co miałam napisać. Teraz jednak wracam z recenzją ''Quidditch przez wieki'', poza tym w maju zrobiłam już korekty rozdziałów siódmego i ósmego, polecam zerknąć, bo wprowadziłam pewną poprawkę (dodałam dwa zdania chyba w ósmym i te dwa zdania sprawiają, że choć został podany prawdopodobny motyw przestępstwa to okazuje się on tylko teorią. Bez tych pominiętych dwóch zdań można się zastanawiać czemu motyw padł, a oni dalej go szukają). Zaczynam ten miesiąc od recenzji właśnie, ale potem przejdę do kolejnego rozdziału, zakończenia ''Chorej miłości'', kolejnej części miniaturki o Billu i Fleur. Spodziewajcie się, że będzie co czytać :D. Miłej lektury!
     
Zaczniemy dziś od wspomnianego ''Quidditch przez wieki''. Książkę kupiłam wraz z dwoma innymi ''podręcznikami'' z Hogwartu. Zakup dokonany w Empiku, tym chętniej wydałam pieniążki, że po pierwsze była przecena, a po drugie cały dochód idzie na fundację Lumos. Szczyt cel, fajna sprawa i pierwszy powód, dla którego warto kupić książkę. Kolejne powody dalej. Bo, wiecie, trochę niezręcznie, ale... dwie pierwsze książki przeczytałam w ciągu dnia, dosłownie, jedna na dzień, a miałam jeszcze inne zajęcia, edukację, spotkanko. Tak się wciągnęłam, że nie szło mnie oderwać. Po ''Quidditch...'' sięgnęłam na końcu i czytałam chyba z trzy lub cztery dni, a długością nie różni się od pozostałych. Zaznaczę, że oglądanie sportu i czytanie o sporcie mnie nudzą. Uprawianie sportu mniej, ale meczy, reportaży sportowych, itp., unikam jak ognia. Quidditch jest sportem. Magicznym, zabawnym, niesamowitym, ale sportem. Zwierzęta, tym bardziej fantastyczne interesują mnie bardziej, a baśnie, tym bardziej przetłumaczone przez Hermionę Granger to już kompletny odlot! Tu nastawiłam się sceptycznie, a jak wiemy to dobre nastawienie to podstawa. Zabrakło go i pewnie dlatego czytałam to kilka dni. No i dlatego, że to o sporcie. W takich książkach, nawet magicznych, nie braknie, niezbyt przeze mnie lubianych, sportowych opisów. Pomijając jednak moją awersję do tematyki, muszę przyznać, że książka jest bardzo fajnie zrobiona. Sport czarodziejów został opisany pod wieloma względami, np. przedstawiono jego historię, opisy drużyn, opisy manewrów, więc każdy znajdzie coś dla siebie, nawet ktoś tak sceptycznie nastawiony, jak ja. Jeśli się wciągniemy to czyta się łatwo, przyjemnie, szybko. Wierzę, że naprawdę dużo osób zakocha się w tym ''podręczniku'', ale ja niestety po prostu go polubiłam. Od strony treści nie mam nic do zarzucenia, uważam, że temat został wyczerpany, poruszono wiele kwestii, udzielono odpowiedzi na mnóstwo pytań, które na przestrzeni lat zadawali fani. Jeżeli ktoś interesuje się taką tematyką to trafi w dziesiątkę, bo pozna quidditch od podszewki i dowie się o tym sporcie dosłownie wszystkiego! To drugi powód do kupienia tej książki : nic nie jest zrobione po łebkach, po poruszeniu jakiejś kwestii zostaje ona rozwinięta aż do wyczerpania tematu. Doceniam też to, że treść jest spójna, kolejne rozdziały, choć kompletnie o czym innym, delikatnie łączą się ze sobą, a jednocześnie, wedle uznania, można czytać książkę na wyrywki albo nie po kolei. Treść mocno trzyma się uniwersum, co przyjemnie zaskakuje, bo trochę bałam się, że pojawią się kruczki czy nieścisłości w stosunku do serii o Harrym. Boje obawy były niesłuszne. Lekki sposób pisania, przyjemny styl J.K.Rowling, cudowne uśmieszki w stronę fanów uniwersum, ale po obejrzeniu filmu czy przy nieszczegółowej wiedzy z serii czytamy nic nie tracąc, najwyżej nie uśmiechniemy się raz czy dwa czy takim ''puszczonym oczku'' od autorki. Mimo właśnie tego trzymania się uniwersum to, gdybym miała to polecić komuś kto nie ma pojęcia o Harrym (czyt. mój przyjaciel) to zrobiłabym to bez wahania, bo książka nie opiera się na fabule serii, spokojnie można to sobie przeczytać, a może ktoś zainteresuje się na tyle, że sięgnie po siedem tomów historii Chłopca - Który - Przeżył. J.K.Rowling nie traci swojego charakterystycznego poczucia humoru ani pisarskiego pazura, od razu widać, że to jej styl, jej dzieło. Nie trzeba też znać na pamięć Potter Wiki, żeby zrozumieć większość żartów, bo są książkowo sytuacyjne, że tak powiem. Dla samego kunsztu pisarskiego warto posiadać ową literacką pozycję na swojej półce, to trzeci powód. Oprócz fachowej treści znajdziemy tu też cudne ilustracje, serio! Nie jest to bajeczka z obrazkami, a poważny poradnik dla czarodziejów zainteresowanych swoim sportem. Ilustracje nie odbierają powagi, wręcz przeciwnie, dodają takiego poczucia, że pisał to prawdziwy znawca, a i my możemy się kimś takim stać oglądając fachowe przekroje czy ryciny. Oprócz tego, nie ma co kryć, nadają one magii i klimatu starych, poważnych ksiąg. No i ilustracje to kolejny, już czwarty powód, dla którego warto kupić książkę. Absolutnie cudowne rysunki wykonane z największą dbałością o szczegóły, żaden nie odbiega od pozostałych, nie ma nawet najmniejszych niedociągnięć. Samo oglądanie książki już sprawia przyjemność. Każdy rozdział zaczyna się od ślicznie zdobionej strony z numerem, a oprócz tego znajdziemy tu także herby drużyn, piłki i hmmm... czarodziejskie obrazy sprzed wieków? Przeczytajcie, a sami zrozumiecie o co mi chodzi! Wracając do estetyki : cudowne wykonanie książki! Poręczny format, śliczna okładka, śliczne wykończenia, wewnątrz przepiękne ilustracje, czytelność uzyskana dzięki, np. dobrym odległością między akapitami i tym wyraźnym podziałem na rozdziały. ''Quidditch'' jest adresowany do czarodziejów, autorka zwraca się do nich, nie do mugoli, którym wyjaśnia uniwersum. Czujemy się magicznie, jakbyśmy należeli do świata chłopca z blizną. To ostatni powód, dla którego warto kupić książkę. Żeby poczuć się magicznie. Choć tematyka nie jest dla mnie to szczerze polecam.
PS Wyżej macie zdjęcie nowego wydania książki i takie właśnie posiadam. Nie widziałam na żywo starszego wydania, nie wiem nawet czy jest jeszcze dostępne, dlatego recenzja również tyczy się książki zamieszczonej na górze posta :).
     Mam nadzieję, że teraz już wiecie czy zdecydujecie się na zakup ''Quidditcha'', długo się nie mogłam zabrać za recenzję, ale kiedy do tego usiadłam napisanie jej jakoś samo wyszło :D. Liczę, że Was nie zawiodłam, w razie pytań zadawajcie je w komentarzach :).
Pozdrawiam, Eleonora.

piątek, 14 kwietnia 2017

Listy. List Dracona do przeszłości.

     To już ostatni list z serii. Bardzo się przywiązałam do tej historii, pisało się ją tak lekko, łatwo, przyjemnie. Czuję się związana z tym Draco, z jego historią. Ale wszystko kiedyś dobiega końca,  tak samo Listy. Mam nadzieję, że seria Wam się podobała  :). Początkowo miała składać się też z listów innych postaci, ale uznałam, że stworzenie odrębnej historii dotyczącej samego Draco, będzie lepsze. Chyba miałam rację ;). Dziś już ostatnia część, list pisany przez dorosłego Dracona do przeszłości! Pojawią się nawiązania do poprzednich części, dlatego jeżeli ktoś jeszcze nie czytał to serdecznie zachęcam :). Korekta szóstego rozdziału już jest, w tym miesiącu biorę się jeszcze za recenzję i  zakończenie Chorej miłości, dlatego nie wiem czy zdążę też z korektą rozdziału siódmego, nie sądzę. W maju pojawi się rozdział, może nawet dwa oraz kolejna recenzja, ale sądzę, że jeżeli nie w kwietniu, to w przyszłym miesiącu, zajmę się korektą rozdziału siódmego. Chcę się teraz więcej udzielać, żeby nadrobić moją wcześniejszą nieobecność :). Liczę, że ostatnia część się Wam spodoba, dajcie znać czy Wy też zżyliście się z tą historią, kochani :). Miłej lektury!
PS To nie jest kontynuacja losów bohaterów opowiadania, tylko oddzielna seria, która nie jest związana ani z miniaturkami, ani z opowiadankiem :).
Droga przeszłości!
     Bo chyba tak powinienem zacząć, prawda? Tak, wydaje mi się, że będzie dobrze. Wszystkie listy adresowałem do kogoś. Zacząłem od Hermiony, najważniejszej osoby w moim życiu. Potem powinien pisać do Scora, ale nie było go jeszcze na świecie, więc napisałem do siebie, bo człowiek jednak powinien czuć się dla siebie ważny. Później faktycznie pisałem do Scora. Do mojego Słonka, do drugiej istotki, która uczyniła mnie jeszcze szczęśliwszym i ugruntowała moje poczucie bezpieczeństwa, stałości. A teraz nie piszę do nikogo, no chyba, że uznamy Ciebie, przeszłość, za kogoś. Chciałbym się odnieść do wszystkich tych kwestii, które poruszałem pisząc do Herm, do siebie, do Scorpiusa. Chciałbym Ci napisać czy Twoje obawy były słuszne, jakie są odpowiedzi na Twoje dawne pytania. Moim pierwszym listem był list do Hermiony, jeszcze wtedy Granger. Do miłości mojego życia i punktu wyjścia, od którego stałem się odpowiedzialnym, poważnym facetem, a nie tylko smutnym chłopcem walczącym z całym złem tego świata. Zastanawiałem się czy zostanie moją żoną i została. Bałem się, że ją skrzywdzę, że nie będę dość dobry, wyrozumiały. Myliłem się. Po piętnastu latach od napisania tego listu dałem go jej do przeczytania. Płakała ze szczęścia, a mnie ścisnęło wzruszenie, że przez te wszystkie wspólne lata tylko dwa lub trzy razy, przy rzadko zdarzających się kłótniach jej łzy, spowodowane przeze mnie, nie były objawem radości. Po przeczytaniu rzuciła mi się na szyję i tuliła się do mnie długo. Kocham wszystkie wieczory, bo zasypia w moich ramionach, kocham tamten moment, bo to był kolejny dowód mojej olbrzymiej miłości, która trwa już tyle lat. Ja też przeczytałem ten list, chciałem przypomnieć sobie czego się bałem, za co ją przepraszałem, co jej obiecywałem, chociaż nie mogła, wtedy jeszcze, o tym wiedzieć. Wspomniałem w liście sytuację kiedy po raz pierwszy zobaczyła moje blizny. Potem oglądała je tysiące razy. Podczas wspólnych kąpieli, pryszniców, wyjazdów nad morze, rzekę lub jezioro, podczas momentów, gdy chodziłem po domu bez koszulki, podczas godzin, gdy się kochaliśmy. Nigdy się nad tym nie litowała, nadal tego nie robi. Kocha mnie i akceptuje takim, jakim jestem. Nauczyła mnie jak akceptować te blizny, szanować je. Pokochałem siebie, między innymi dlatego, że byłem na tyle silny by znieść moment, gdy ciotka mnie kaleczyła i torturowała, by znieść te chwile, kiedy robił to ojciec. W liście przepraszałem ją za wszystkie złe słowa, ale w ciągu tych wszystkich wspólnych lat padło ich tak niewiele. Za kłótnie, ale ich także nie było dużo. Przepraszałem za wszystkie dni, podczas których nie usłyszy ode mnie komplementu lub wyznania miłości, ale nie zdarzyły się takie dni. Przepraszałem za momenty, gdy o czymś zapomnę, ale jest dla mnie tak ważna, że pamiętam o wszystkim, bo nie chcę jej zawieść. Przepraszałem za wszystkie moje głupie żarciki, ale, przyznam nieskromnie, nauczyłem się nie wypalać nagle z jakąś głupią, bezsensowną odzywką, nieśmiesznym żartem lub durnym tekstem. Przepraszałem za każdy raz, kiedy powiem ''Nie trzeba było'' w momencie dostania od niej prezentu. Nie używałem tego zwrotu, bo zapamiętałem jak go nie znosi. Przepraszałem też za wszystkie moje narzekania, ponieważ niestety nadal czasami lubię sobie ponarzekać. Mimo że nie mam powodu, po prostu tak, dla zasady. Ale ona się nie gniewa, ona mnie bezgranicznie kocha. Obiecałem, że jeżeli nie ożenię się z nią to z nikim. Ożeniłem się właśnie z nią. Zapytałem co o tym sądzi, o tym wszystkim co wyżej. Stwierdziła dokładnie te wszystkie odniesienia, jakie ja tu spisałem przed chwilą. Docenia mnie i doceniała. Wiem to, widzę to. Kiedy przeczytaliśmy ten list obydwoje zrozumieliśmy, że nie mogło nam się trafić większe szczęście niż my nawzajem dla siebie, a potem Scor. To był wspaniały dzień. Powspominaliśmy początki naszej miłości, nieufność Herm wobec mniej, jej lęk, że ją skrzywdzę i moje starania, żeby mi zaufała. Robiłem, co mogłem, udało się. Nigdy nie żałowałem, nie żałuję, nie będę żałował. Walka z Voldemortem, walka o Hermionę, walka z samym sobą na terapii i walka o bycie ojcem to najlepsze bitwy w moim życiu. Wszystkie wygrałem. Dzień później odczytałem list do siebie, potem dałem go do odczytania Herm. Wtedy, kiedy go pisałem, bałem się oświadczyn, bałem się, że coś sknocę albo, że się nie zgodzi, lub, że o czymś zapomnę. Na szczęście tak się nie stało, obydwoje uważamy, że było idealnie, a ja dodatkowo cieszę się, że niczego nie zapomniałem i do dziś pamiętam to radosne, cudowne zaskoczenie w jej oczach i ogrom szczęścia. Zadawałem sobie wiele pytań, na które dziś mogę spokojnie odpowiedzieć. Tak, nadal pamiętam jak się śmiała, gdy robiłem jej sushi po przeprowadzce do mnie. Tak, nadal wspólnie czytamy, a ona chichocze, kiedy całuję jej ramiona, żeby ją rozproszyć. Tak, nadal mamy wspólne prysznice i kąpiele. W tamtym liście pisałem, że chciałbym na te wszystkie pytania odpowiadać twierdząco. Mogłem, mogę nadal. Pytałem siebie czy Draco z przyszłości już ma z nią dzieci, czy sobie poradził. Ma, poradził sobie doskonale. Tak przynajmniej twierdzą Herm i Scor. Bałem się, że będę złym ojcem, że skrzywdzę moje dziecko, że nie starczy mi cierpliwości, ale od początku byłem cierpliwy, zresztą, na szczęście Scorpius jest mądry po Mamie. Nigdy go nie uderzyłem, nie popchnąłem, nie wyzywałem go. Nie mógłbym. Uczyniliśmy go szczęśliwym dzieckiem, teraz już szczęśliwym młodzieńcem. Jestem ojcem, o którym zawsze dla siebie marzyłem, a którego nigdy nie miałem. Scor go ma. Byłem na wszystkich jego szkolnych meczach, uczyłem go latać, bawiłem się z nim całymi godzinami, kąpałem go zawsze, rysowałem z nim, choć nawet kilkuletni on robił to lepiej niż ja teraz, nauczyłem go gotować, przytulałem go przed snem, doradzałem mu jak rozkochać w sobie wyjątkową dziewczynę, pomogłem mu znaleźć mieszkanie, zawsze może na mnie liczyć. A tak potwornie bałem się go zranić, skrzywdzić! Moje obawy, na szczęście, złagodziła kobieta, która cały czas powtarzała i powtarza mi, że jestem najlepszym mężem i ojcem. Bałem się też, że skrzywdzę ją, że się pogubię. A ja cały czas czuję się odnaleziony, na swoim miejscu, w najlepszym porządku. Nie skrzywdziłem tych, których kocham, nie spełnił się mój najgorszy lęk. Potem pisałem w liście, że wierzę, że Draco z przyszłości kocha i szanuje Herm, dba o nią. Ja jestem Draco, dokładnie tak robię. Nadal mam tę samą robotę, nauczyłem się w końcu robić sushi. Nadal kolekcjonuję najlepsze miotły, przyjaźnię się z Blaisem, mam swoją drużynę, chodzę na mecze. Opanowałem działanie większości mugolskich sprzętów, owszem. A poza tym to w odpowiedzi na pytanie sprzed lat : sama wymyśliła i opanowała zaklęcia sprzątające. Sprytna ta moja żonka. Co do ostatniej kwestii z tamtego listu : ja nadal ją kocham, a ona potwierdza, że nadal ją uszczęśliwiam. Pisałem do przyszłego siebie, że jeśli jest mężem Herm to jest największym szczęściarzem na Ziemi. Jestem. Niestety, miałem rację, co do tego, że nigdy nie zapomnę cierpień, których doznałem od ojca, ciotki, Śmierciożerców. Na szczęście nie mam już koszmarów, wiem, że to nie wróci, nie stałem się jak ojciec. Mama w pełni odżyła, jest lepszą babcią niż była mamą. Kocham ją, wybaczyłem te momenty, kiedy nie broniła mnie w dzieciństwie, bo wiem, że nie była w stanie obronić także siebie. Bałem się o posiadanie dzieci, ale patrzę na Scorpiusa i stwierdzam, że nie ma w nim ani grama genów mojego ojca, we mnie również. Zło nie jest dziedziczne. To od nas zależy jaką pójdziemy drogą. Ja i mój syn wybraliśmy drogę dobra, a to, co robił mój ojciec sprawiło tylko, że wiedziałem jaki chcę być, a jaki nie być. Zazdrościłem sobie z przeszłości, że przedyskutował z już - nie - Granger  wszystkie dręczące kwestie, teraz już nie zazdroszczę, ale czuję ulgę za wszystkie te rozmowy. Bawi mnie jednak, że napisałem w tamtym liście wszystkie szczegóły przygotowań do oświadczyn tak na wypadek, jakbym w przyszłości nie pamiętał, a jest przyszłość, a ja bez tego listu potrafię je wyrecytować z pamięci. Wszystkie obawy i lęki z tamtego listu się nie zrealizowały, to tylko mgliste wspomnienia lęków. Jest dokładnie odwrotnie niż w moich lękach czy koszmarach. Następnie, po paru latach, wczoraj, w dzień skończenia Hogwartu swój list dostał Scorpius. Naszą historię, moją i swojej Mamy, słyszał już wielokrotnie. Od dziś zaczął remont swojego mieszkania, ale niedługo zamieszka w nim ze swoją dziewczyną, tak jak ja dawniej z Herm. Chcieliśmy mieć więcej dzieci, ale kiedy dowiedzieliśmy się, że to ryzykowne, zrezygnowaliśmy. Już Scor jest cudem. Nie narzekaliśmy, nie było płaczu czy żalu, jedynie wdzięczność, że mamy Scorpiusa. Wracając do listu, dopiero, gdy go przeczytał zobaczył jak straszne były lęki, że stracimy, że stracę Herm, że go zawiodę. Powiedział mi to, co po przeczytaniu listu nabrało jeszcze większej mocy, mimo że mówił mi to już wcześniej ''Jesteś najlepszym tatą na świecie''. Pisałem, że nie dopuszczę, żeby musiał znosić te zaklęcia, które znosiłem ja. Dotrzymałem słowa. Zastanawiałem się czy prześpi swój roczek tak, jak przespał chrzest. Oczywiście tak, do dzisiaj musi spać osiem godzin, bo inaczej jest markotny, jak ja w takiej sytuacji. Kiedy patrzę na niego i na Antoinette widzę, że kocha ją tak, jak ja kochałem w jego wieku Hermionę. Całe szczęście, że los oszczędził im takich okoliczności, w jakich pojawiło się nasze uczucie. Kibicujemy im jak tylko się da. Do dziś pamiętam jak stresował się przed pierwszą randką. Zawsze mówiłem, żeby poczekał na wyjątkową dziewczynę, że zauważy, która to. Posłuchał mnie i nie żałuje. W liście nie mogłem się doczekać aż powie nam, że nas kocha. Za pierwszym razem, gdy to usłyszałem to płakałem. Teraz mówi to znacznie rzadziej, ale mówi, a ja zawsze się wzruszam. Tylko czekałem aż będzie potrafił latać, czytać, pisać. Był kapitanem szkolnej drużyny, dostał się na studia na magiczne prawo. Miałem rację, że będzie naszą dumą. Wiedziałem, że będzie odpowiedzialny i wartościowy, dokładnie taki jest. Nie mogłem się doczekać stwierdzenia, że jestem najlepszym tatą świata. Gdy to słyszę wiem, że spełniłem moje ogromne marzenie. Pisałem, że zawsze stanę po jego stronie, będę go wspierał. Dotrzymałem słowa, zawsze mu pomagałem, doradzałem. Nadal to robię, pewnie zawsze będę. Miałem rację, że Hermiona będzie najlepszą Mamą świata. Jest taka w każdym calu. Zawsze wspierała Scora, pomagała mu, tłumaczyła różne rzeczy, pocieszała, kiedy czuł się samotny. Kiedy przyjeżdżał podczas szkolnych przerw świątecznych to cały grafik wyglądał tak, że uszczęśliwić Scora. Nie była krytyczna wobec jego dziewczyny, choć do tej pory był tylko jej chłopcem. Czytała mu przed snem, bawiła się z nim. Ale przede wszystkim uczyniła z niego dobrego człowieka. To nawet trochę zabawne, że nie spieraliśmy się do jakiego domu trafi. Zwłaszcza, że wyląndował w Ravenclawie a nie Slytherinie albo Gryffindorze. Nic dziwnego, mądry po Mamie, już mówiłem. A co do Ciebie, przeszłości, byłaś wspaniała. Mimo obaw czy lęków przyszłość okazała się przekraczać marzenia. Co do Ciebie to, pomijając lata walki z Voldemortem, składałaś się tylko z dobrych chwil. Dziękuję.
Draco.
     I jak Wam się podobało? Tak jakoś trudno rozstać się z tą serią, ale cóż, nie można ciągnąć czegoś cudownego w nieskończoność, bo w końcu przestanie być fajne i się znudzi. Nie czuję żalu, bo choć trochę szkoda kończyć serię, to z drugiej strony też dobrze coś zrobić porządnie od początku do końca, a ja mam wrażenie, że mi się udało. Spodziewajcie się niedługo kolejnych wpisów, zadbam o Was w tym miesiącu, spokojnie :D. Nastąpiły zmiany w Spisie treści. Informacje nadal zostają pod hasłem Sowy, ale relacje, recenzje, itp. zostaną przeniesione pod hasło Prorok Codzienny. Przepraszam Was za kłopot, po prostu wydaje mi się, że tak będzie ładniej, wyraźniej. Zauważyłam, że Aleksander się tu ostatnio nie udziela, wszystko dobrze? Wrócisz do komentowania?
Poza tym, wesołych świąt kochani! Smacznego jajka, wesołego zajączka, dużo czasu dla siebie i dla rodziny :). Dajcie znać czy będziecie tęsknić za Listami.
Pozdrawiam, Eleonora.

piątek, 31 marca 2017

Listy. List Dracona do Scorpiusa z przyszłości.

     Hej, Kochani! Tak jak obiecałam, oto kolejny list, jeszcze w marcu. W ostatnim momencie, ale się liczy! Dziś list Dracona do syna. Nie ukrywam, że tuż już istnieje jakiś większy zarys, ale usiadłam do tego spontanicznie, ochota na pisanie przyszła chwila temu. Oto jestem! Mam nadzieję, że Wam się spodoba :). Miłej lektury :).
PS Praca nad korektą rozdziału szóstego trwa, do wtorku lub środy będzie całkiem poprawiony.
Synku!
     Dziś masz roczek. Nie wiesz jeszcze, ale dzień przed przeprowadzką Twojej Mamy do mnie, napisałem jej list. Dostanie go w przyszłości. Trzy miesiące przed tym, jak się jej oświadczyłem, napisałem list do siebie. Oświadczyny przyjęła, było jeszcze lepiej, niż sobie to zaplanowałem. Wszystkiego dowiesz się za parę lat, jak odczytam list do siebie to pewnie Ci opowiem. Gdy Mama wcześniej odczyta swój, usłyszysz (zakładam, że do tego czasu to już po raz setny) historię naszej miłości. Mówię Ci, Scor, Romeo i Julia, Tristan i Izolda, wszystkie pary z romansów, pic na wodę. Prawdziwa miłość to ja i Twoja Mama. Kobieta mojego życia. Rok po wyżej wspomnianych zaręczynach wzięliśmy ślub, ale to już pewnie wiesz. Kameralnie, tylko najbliżsi, zamiast wesela to obiad weselny, dokładnie tak, jak chcieliśmy. Wyglądała przepięknie, a gdy powiedziała ''Tak'' i mogłem założyć jej obrączkę, niemal zemdlałem ze szczęścia. Słyszałeś o moim ojcu? Nie traktuję go jako Twojego dziadka i nigdy nie będę go tak traktował. Znęcał się nade mną psychicznie i fizycznie, robił rzeczy, których ja Tobie, kochanie, nawet nie myślę zrobić. Jest tylko jedna rzecz, za którą mogę być wdzięczny. Tak bardzo zniszczył moje dzieciństwo oraz wczesną młodość, że już w wieku piętnastu lat wiedziałem, że muszę być lepszym ojcem. Mam nadzieję, że jestem. Twoja Mama tak uważa. Złota kobieta, choć to pewnie wiesz. Przed ślubem musiałem z nią obgadać właśnie kwestię po pierwsze życia z nią, po drugie dzieci. Nigdy nie chciałem jej skrzywdzić, bo za dużo napatrzyłem się na krzywdę, którą znosiła Twoja babcia. Gdybym miał walczyć z całym światem, zawalczę, ale nie dopuszczę, żebyś musiał oglądać lub, co gorsza, znosić na własnej skórze te zaklęcia, które znosiłem ja. Tak samo będę chronić Twoją Mamę. Scor, musisz mi wybaczyć, ale odrobinkę bardziej kocham ją, bo gdyby nie ona, nie miałbym Ciebie. Przed jej przeprowadzką, przed zaręczynami, przed ślubem, ciągle poruszałem temat zrobienia jej krzywdy. Nigdy tego nie zrobiłem, po tylu latach jestem pewny, że nie zrobię. Obgadaliśmy to tysiące razy, aż w końcu zrozumiałem : mam jego geny, ale nie jestem nim, nie jestem jak on. Mam inne wartości, priorytety, wybrałem inną drogę, robię w życiu, co innego, walczyłem w innej sprawie. W dobrych rodzinach są bandyci, w złych rodzinach wyrastają wzory prawości. Nie dziedziczy się zła. Byłem pewny, że miłość pokona wszystko, nadal jestem. Ojciec nie kochał mojej mamy, więc ją krzywdził. Moja miłość, moje uczucia są na tyle silne, że byłem w stanie mu wybaczyć, bo nienawiść, nieważne na kogo skierowana, niszczy tego kto nienawidzi, a w konsekwencji jego otoczenie. W moim otoczeniu była, jest i będzie kobieta mojego życia, wszystko zatem musi być doskonale. Żeniąc się z Twoją Mamą nie czułem już nienawiści do Lucjusza, tylko żal. Nie bałem się, że będę złym mężem. Kiedy kogoś tak kochasz, możesz wszystko, ba, zrobisz wszystko. Nieranienie to tylko banał, początek. Skoro tyle rzeczy osiągnęłam wcześniej, to wydało mi się błahostką. Stało się, odniosłem zwycięstwo, jeden lęk mniej, pewność, całkiem słuszna, jak się potem okazało, że nie skrzywdzę Hermiony! Ale, ale... jeśli uważnie czytasz, to doskonale wiesz, że pozostał jeszcze jeden lęk. O dzieci. Nie byłem dzieckiem, tylko workiem treningowym. Jeszcze przed myślą, że mógłbym Cię mieć, kochałem myśl o dziecku moim i już - nie - Granger, tak mocno, że nie chciałem powoływać do życia jakiejś istotki, póki nie uzyskam całkowitej pewności, że mogę nie powtarzać cudzych błędów, nie niszczyć komuś lat, które powinny być najpiękniejsze. Mam szczęście, że poznałem Herm, odkąd jesteśmy razem wszystkie lata są najlepsze. Wiesz, od dawna opiekowałem się Teddym, świetnie się dogadywaliśmy. Twoją Mamę to rozczulało, a przyznam się, parę razy stałem bez ruchu całkowicie wzruszony, kiedy to ona bawiła się z nim. Potem, sam się temu dziwię, Potterowi urodził się syn. Pierworodny. Herm została chrzestną. Byłem niemal gotowy powiedzieć jej, że chcę mieć z nią dzieci. Tylko wiesz co się stało? Okazało się, że przez powikłania po zaklęcia, które dostała w trakcie wojny nie może mieć dzieci. Dotarła do mnie bardzo ważna rzecz : ja wtedy jeszcze nie byłem gotowy na bycie ojcem, tak mi się tylko wydawało, kiedy podziwiałem moją panią Malfoy, bawiącą się z dzieciakami. Nie chcieliśmy mieć ich już, jednak myśl, że nigdy nie będziemy ich mieć spowodowała łzy. Masę łez. Zrobiłem coś, co każdy mężczyzna powinien zrobić w takiej chwili : przypominałem jej, jak ją kocham. Kupowałem jej kwiaty, nauczyłem się robić to cholerne sushi (kiedyś Ci wytłumaczę), zabierałem ją na spacery i do teatru. Dzięki mnie odżyła, uwierzyła, że to niczego nie zmienia. W półtora rocznicę ślubu wróciła moja dawna, ukochana Hermiona. Po pół roku depresji miałem ją znowu taką,  jaką ona sama chciała być. Mogłem dać jej wszystko z wyjątkiem dziecka, tak samo ona mi. Pogodziliśmy się z tym. Po raz kolejny (mówiłem o tym już przed ślubem) zwierzyłem się Twojej Mamie z obaw, co do posiadania dzieci. Cały czas utwierdzała mnie w przekonaniu, że się nadaję, ale nie musimy. Opieka nad grzecznym cichym Teddym to była pestka. Raz Potterowie, którym pochorowała się niania, zostawili nas z Jamesem. Nie wybrzydzał, nie, po prostu był młodszy od Teda, którym zacząłem się zajmować, gdy miał prawie dwa lata. Mimo to, mimo wszytko, poradziłem sobie znakomicie. Moja biedna Malfoy miała wtedy grypę, więc zajmowałem się i nią, i Potterątkiem. Udało się. Poszli sobie, zabrali dzieciaka. Dzień później zapisałem się do psychologa, chciałem rozliczyć się z przeszłością, bo decyzja zapadła : w pełni gotów i świadom chcę mieć dziecko z moim największym szczęściem. Hermiona przebadała się jeszcze raz, zaczęła pić specjalnie robione eliksiry, pojawił się cień szansy. Ja tymczasem po trzech miesiącach zakończyłem terapię. Tak naprawdę trwała ona latami, odkąd tylko zakochałem się w tej jedynej. Oficjalna terapia odkryła we mnie morze miłości, odpowiedzialności, radości. Zdobyłem się na wizytę u ojca w Azkabanie. Zdobyłem się na wybaczenie. Kiedy wybaczyłem jemu, byłem w pełni gotów by mieć Ciebie. Finansowo staliśmy bardzo, bardzo dobrze, sam, kiedy to czytasz, pewnie wiesz jak jest. Mieliśmy ogrom miłości, którą chcieliśmy się podzielić. Ja skończyłem terapię, Herm mogła mieć dzieci. Dam Ci ten list, gdy skończysz Hogwart, więc, jak zakładam, będziesz mądry, dojrzały i odpowiedzialny, zatem : domyśl się co było potem, skoro teraz jesteś Ty. W momencie usłyszenia od Twojej Mamy, że będziemy mieli Ciebie, obydwoje płakaliśmy ze szczęścia. Baliśmy się komukolwiek powiedzieć, tak bardzo nie chcieliśmy zapeszać. Dopiero, gdy w piątym miesiącu coś zaczęło być widoczne, przyznaliśmy się bliskim. Szczerze Ci przyznam, Twoja Mama tak długo była chuda, niemal anemiczna, po niedawnej depresji, że długo nie było nic po niej widać. Szybko poszła na zwolnienie, bo bała się o Ciebie, ale czuła się świetnie. Urządziliśmy Ci pokoik o jakim marzy każdy dzieciak. Herm osobiście szyła Ci pluszaki, kupowała mnóstwo książeczek. Wszystko było niemal idealnie. Niemal. Zbyt piękne, idealistyczne, widzisz to, prawda? Ale tak było. Do czasu. W siódmym miesiącu musiała gdzieś pojechać, pewnie po kolejne książeczki. Stary, już przed urodzeniem miałeś całą bibliotekę. Nie wiem dokąd jechała, wiem tylko, że po telefonie ze szpitala teleportowałem się tam ze łzami w oczach. Moja biedna, największa miłość przechodziła operację ratującą życie, a synka nawet nie mogłem wziąć na ręce, bo po cesarskim cięciu wylądował do razu w inkubatorze, jako wcześniak. Poczułem się jakby przygniótł mnie głaz. Odkąd tylko Hermiona wyszła z depresji, żyłem jak w bajce. Ta bajka właśnie się skończyła, wszystko pękło jak magiczne lustro. Wyłem z rozpaczy i nerwów w tej cholernej poczekalni. Po chwili pojawił się Blaise, Potterowie. Pięć godzin ratowali Twoją Mamę. Tortury były lepsze od tego. Potem pojawił się lekarz, oznajmił, że jest w śpiączce i trzeba czekać. Rozbiłem sobie dłoń o szpitalną ścianę. Dodatkowo, cały ten czas nie mogłem dotknąć Ciebie. Myślałem, że było tak wspaniale, żebym teraz wylądował na dnie upodlenia emocjonalnego. Z Herm tragedia, a z Tobą, chłopie, niewiele lepiej, nikt nie wiedział czy przeżyjesz. Płakałem cały cholerny tydzień, raz trzymając Hermionę za dłoń i błagając ją o pobudkę, raz oparty o Twój inkubator. Blaise mnie golił, żartował, że moja żona nigdy nie lubiła u mnie bujnego zarostu. Ginny przynosiła mi kawę, czyste ubrania. Potter wmuszał we mnie jedzenie. Powtarzali, że muszę być silny dla Was. Po tygodniu i eliksirowej kuracji mogłem Cię potrzymać na rękach. Scor, to była jak nagroda za ten cholerny tydzień nieustających błagań i modlitw. Poryczałem się po raz pierwszy od tak dawna z innego powodu niż frustracja, bezsilność, rozpacz. Miałem Ciebie, w pełni zdrowego Ciebie. Obiecałem sobie, że żaden mały czarodziej czy mugol nie będzie miał lepszego dzieciństwa niż Ty. Zatem tym bardziej zależało mi, żebyś miał Mamę. Żeby mój anioł mógł Cię wychowywać i się o Ciebie troszczyć, mały skarbie. Po paru dniach mogłem wrócić z Tobą po domu. Cóż z tego skoro Ciebie niańczyła ciotka Ginny a ja dalej koczowałem w szpitalu? Jak na takie maleństwo to wyjątkowo rozumny z Ciebie chłopak, pozwalałeś mi odsypiać noce, nie wyrywałeś się przy kąpieli, byłeś rekordzistą w piciu mleka. Tak jakbyś wiedział jak bardzo ja tego potrzebowałem. Miałeś już trzy tygodnie, dobrze to pamiętam, kiedy Twoja Mama otworzyła oczy, podczas mojej codziennej litanii do niej. Spojrzałem w jej tęczówki i przypomniałem sobie wszystkie powody, całe miliony powodów, dla których ją pokochałem. Parę dni przed tym wydarzeniem zaczęła ruszać palcami, ale rokowania były kiepskie. Spojrzała na mnie, spojrzała jak wtedy kiedy zobaczyła mnie po raz pierwszy pokrytego bliznami, jak wtedy, gdy zaproponowałem jej przeprowadzkę, gdy robiliśmy coś, czego Ty masz nie robić przed dwudziestkąpiątką minimum, słyszysz? Kiedy się jej oświadczyłem, kiedy zakładała mi obrączkę. Miłość bijąca od niej była tak wielka. Miałem ją, miałem Ciebie, znowu miałem wszystko. Tylko gardło ochrypłe od próśb i płaczu powstrzymało mnie od wrzasku radości. Spytała mnie, dobrze pamiętam : ''Gdzie jest Scorpius, Draco?''. Musisz wiedzieć, że baliśmy się nadawać Ci imię przed urodzeniem, baliśmy się Cię stracić i, że jeśli Cię stracimy to strata imienna będzie, o ile to możliwe, jeszcze bardziej dotkliwa. Potem, sam wiesz, nie miałem do tego głowy, więc nazywałem Cię kochaniem albo małym misiem. Wiedziałem, że będę mieć syna, chodziłem dumny jak paw, ale imię nie łaziło mi po głowie. Dlatego spytałem o kim ona mówi. Aksamitny głos odszeptał słabo ''O Twoim synu, Malfoy.''. No i wyobraź sobie, znowu płakałem. Beksa z tego Twojego starego, wiesz? Na to wychodzi. Ale nie myśl sobie, odkąd Twoja Mama wróciła do zdrowia, płakałem jeszcze tylko raz, kiedy powiedziałeś po raz pierwszy ''Tata'', ale powiedziałeś i wyobraź sobie, to moje ulubione słowo. Wracając, Scorpius to moje wymarzone imię dla dziecka, kiedy leżałem ledwo żywy, a, wtedy jeszcze Granger, zmieniała mi opatrunki, powiedziałem ''Nigdy nie dożyję Scorpiusa. Tak miał mieć na imię mój syn. A teraz co? Zdechnę tu, Granger.'', tak się nie mówi, ja wiem, ale w chwili skończenia szkoły będziesz mieć osiemnaście lat, znasz o wiele gorsze słowa. Historię wspomnianą wyżej na pewno już znasz. Pamiętała, tyle czasu pamiętała o czymś, co powiedziałem walcząc o każdy oddech bez pęknięcia ran na klacie. Powiedziałem, że zaraz Cię zobaczy. Wezwałem lekarzy. Oni zajmowali się Herm, a ja pojechałem po Ciebie, bo byłeś za młody, żeby się z Tobą teleportować. Wzięła Cię na ręce, pomimo tylu dni śpiączki, pomimo wypadku odżyła, była przepiękna, moja, całkowicie moja. Przestałem się martwić o nasz los, mając taką żonę i matkę, mieliśmy i mamy wszystko, synek. Po kolejnych dwóch tygodniach wróciła do domu. Wspomniałem wyżej o opiece nad Jamesem, kiedy Twoja Mama miała grypę. Teraz było podobnie. Dobra, wcielony z ciebie aniołek, to niewątpliwie po Mamie, jednak czasem byłem zmęczony. Wtedy kojące słowa mojego starszego aniołka przypominały mi, że zawsze warto. Teraz Herm jest w pełni zdrowa, opiekujemy się Tobą, jutro wyprawiamy Ci roczek. Ciekawe czy to też prześpisz, tak jak i swój chrzest... Kiedy to czytasz jesteś dorosły, wiem, że również odpowiedzialny i wartościowy, bo na takiego chcemy Cię wychować. Marzę, że kiedyś powiesz mi, że jestem najlepszym Tatą. Że nauczymy Cię latać, czytać, pisać. Będziesz naszą dumą, jesteśmy tego pewni, zresztą już jesteś. Kochamy Cię, Scor. Tylko czekamy aż Ty powiesz to nam. Niezależnie od wszystkiego zawsze stanę po Twojej stronie. Gdybym był zbyt surowy to mi mów (choć Hermiona pewnie i tak uzna mnie za zbyt liberalnego). Możesz do mnie ze wszystkim przyjść, zawsze Ci pomogę. Skoro już skończyłeś szkołę to, jak zgaduję, już to słyszałeś, ale na wszelki wypadek powtórzę : nieważne jaki Dom, ważne jakie serce. Ślizgoni nie są tacy źli, pamiętaj, hihi. Traktuj dziewczyny dobrze, poczekaj na jedną jedyną (poczekałem, było warto, zdecydowanie!). Cóż jeszcze? Jesteś najważniejszym ogniwkiem w tym łańcuchu miłości. Zawsze będę przy Tobie, nieważne ile masz lat.
Twój tata.
     I jak Wam się podoba? Bałam się, że nie oddam dobrze drogi Dracona do gotowości do posiadania dzieci oraz strachu w tak krytycznej sytuacji. Dajcie znać jakie jest Wasze zdanie :). To jeszcze nie koniec serii. Bardzo przyjemne mi się ją pisze :3. W kwietniu pojawi się korekta rozdziału szóstego, recenzja, nowy list i zakończenie ''Chorej miłości''. Zachęcam do komentowania :)!
Pozdrawiam, Eleonora.

niedziela, 19 marca 2017

Listy. List Dracona do siebie samego z przyszłości.

     Hej, Kochani! Wybaczcie, że pojawiam się tak późno, ważne jednak, że się pojawiam! Kolejny rozdział, tym razem piąty, przeszedł gruntowną korektę, polecam zobaczyć :). Opis i nazwa profilu w Google również uległy zmianie, możecie zerknąć, to po prawo od tego rozdziału :D. Stałam się szczęśliwą posiadaczką trzech wspaniałych dzieł : ''Qudditch przez wieki'', ''Fantastyczne zwierzęta i jak mnie znaleźć'' oraz ''Baśnie barda Beedle'a''. Będą trzy oddzielne recenzje, jedna z nich (jeśli nie list lub miniaturka) pojawi się jeszcze w marcu :). A teraz przepraszam za moją nieobecność, ale korekty, ogrom nauki, udział w paru nadprogramowych akcjach oraz inne sprawy promocyjne i informatyczne na tym blogu, trochę za bardzo mnie pochłonęły. Wybaczcie. Przed Wami kolejny list, który, mam nadzieję, Wam to wynagrodzi! Miłej lektury!
PS Poprzedni list znajdziecie tu.

Do mnie z przyszłości!
     Minęło prawie pół roku od listu do mojej przyszłej żony. Jutro mija pierwszy rok z Granger. Najlepszy rok życia. Mam zamiar za dziesięć czy piętnaście lat dać Granger, no dobra, wtedy już nie Granger, a przynajmniej taką mam nadzieję, list, który napisałem dla niej pół roku temu. Dzień później przeczytam ten list do siebie. Przyszły Draco, obecny ja mam zamiar za trzy miesiące oświadczyć się Granger, wszystko planuję. Liczę, że Tobie już się udało. Że możesz nazywać ją z dumą panią Malfoy, że wymieniliście się obrączkami. Mam nadzieję, że jej nie wkurzasz za często, bo to mi przyjdzie za to zapłacić. Lubię sobie wyobrażać, że zabierasz ją na randki tak raz na tydzień, dwa tygodnie. Nie kupuj jej diamentów na każdą okazję, obyś nadal pamiętał jak lubi kreatywne niespodzianki. Pamiętasz jeszcze jak się śmiała, gdy zrobiłeś jej sushi z okazji przeprowadzki do Ciebie? Nadal czyta przy Tobie książki chichocząc tak uroczo, gdy rozpraszasz ją całując je ramiona? Nadal bierzecie razem szybkie, poranne prysznice i długie, wieczorne kąpiele? Tak bardzo za te kolejne lata chciałbym odpowiadać na te pytania twierdząco. Nie wiem czy będziemy mieli dzieci, patrząc na mojego ojca, moje predyspozycje są żadne, zerowe. Jednak kiedy widzę jak Hermiona bawi się z Teddym, czuję, że jeżeli tylko zechce uczynić mi zaszczyt i sprawić, że stanę się ojcem jej dzieci, to zgodzę się. Nie wiem co zrobię, pewnie będę łaził do terapeutów, psychologów, gdziekolwiek. A Ty, Malfoyu z przyszłości masz z nią dzieci? Poradziłeś sobie? Szkoda, że mi nie odpowiesz. Ta kwestia od niedawna mnie dręczy. Urodę mam, a owszem. Kondycję, zwinność również. Tylko te cholerne geny po najdroższym ojczulku. Skąd mam wiedzieć, że nie będę wymagał niemożliwego? Że starczy mi cierpliwości do niebicia tych aniołków, skoro ojciec bił mnie przy każdej okazji? Kiedy i czy w ogóle posunę się wprzód na tyle, żeby rzucić Crucio? Do dziś pamiętam moje pierwsze Crucio. Pięcioletnie dziecko nie powinno znosić takich zaklęć, nieważne jak powoli uczy się czytać. To tak potwornie mnie martwi. I jest jedną z kwestii, która powstrzymuje mnie przed oświadczynami. Jeżeli Granger zechce mieć ze mną dzieci zostaną mi dwie opcje. Zaryzykować wszystko, spełnić jej marzenie i tylko czekać aż zawiodę i ją, i siebie, i tego szkraba albo odejść. Nie wiem co gorsze. Obydwa mnie zranią, obydwa zranią ją, ale to drugie sprawi, że będzie mogła mieć dzieci z kimś innym niż syn wstrętnego bydlaka, nie będę musiał przekazywać tych perfidnych genów dalej. Przedyskutuję to z nią, tak będzie najlepiej. Wszystko sobie wyjaśnimy, jak zawsze, a wtedy ta jedna kwestia przestanie mnie męczyć. O krok do oświadczyn bliżej! W pewnym sensie to nawet Ci zazdroszczę. Ty już wszystko przedyskutowałeś, nie czekasz niecierpliwie na swoją rezerwację w luksusowej restauracji, wiesz jakim i czy, jesteś ojcem. Ja tym czasem mam schowany w szafie wyprasowany garnitur, który Hermiona tak uwielbia. W szufladzie ze skarpetami schowałem rodowy pierścionek, który podarowała mi moja mama. Ogromną radością jest fakt, że to pierścionek nie jej, a jej zmarłej mamy, mojej babci. W ten sposób nie dam Hermionie nic, co mama dostała od tego drania. Wracając, przypominam Ci, bo pewnie już nie pamiętasz po tylu latach (choć, kto wie?), : w garażu w skrzynce na narzędzia schowałem najlepsze wyjściowe buty. Kwiaty, już kupione, oczywiście zaczarowane, żeby żyły jak najdłużej, są na strychu. Nieźle się nalatam po domu tuż przed oświadczynami. Hermiona niczego się nie domyśla. Nawet tego, że w swojej ulubionej książce schowałem karnet do spa na dwa dni. Wróci do domu akurat w dniu, w którym wezmę ją na zakupy do jej ukochanego butiku, potem pozbieram z domu graty, gdy będzie się szykować i z całym majdankiem ruszymy do restauracji. Chyba o niczym ostatnio tak nie marzę jak o tym, żeby z jej ust padło ''Tak''. Choć w sumie, to marzenie jest na drugim miejscu, na pierwszym jest chęć uszczęśliwienia jej. Jeśli odmówi, będę musiał to zrozumieć, nieważne jak trudno mi będzie. Znowu masz nade mną przewagę. Wiesz czy się zgodziła. Oby tak! O, i kolejna rzecz : jeśli moje marzenia się spełnią to jesteś największym szczęściarzem na Ziemi, ja obecnie najbardziej zestresowanym facetem świata. Zwłaszcza ze względu na kolejną, dręczącą mnie myśl. Wspominałem o niej wyżej, spójrz. Bałem się tego przed przeprowadzką Granger do mnie, boję się i teraz. Co jeśli skrzywdzę ją jak ojciec mamę? Co jeśli zastraszę do tego stopnia, że nie stanie w obronie ani swojej ani nikogo innego, nad kim będę się znęcał? Przed przeprowadzką o tym rozmawialiśmy, uspokajała mnie. Moja mama mnie uspokajała. Wiem, że Hermiona jest silna, ale moja mama też taka jest, a co robił jej ten potwór? Pamiętasz jak ją zastraszał, bił? To chyba jedno z nielicznych pytań, wobec których nie mam wątpliwości co do odpowiedzi. Oczywiście, że pamiętasz, tego się, niestety, nigdy nie zapomina. Wiem, że mnie rozumiesz. Nie chcę być jak on, rozumiesz, nie chcę? Mimo rozwodu, mimo jego dożywocia w Azkabanie, zawsze, ale to zawsze, będzie rzucał cień na moje emocje, obawy lęki. Wiesz jaki jestem, jaki jesteś Ty. Nigdy nikogo nie zabijałem, nie torturowałem, nigdy. Byłem wrażliwym, zagubionym chłopcem. Odnalazłem się, ponieważ Hermiona mnie odnalazła. Teraz za nic w świecie nie mogę się pogubić. Wierzę w Ciebie jak tylko potrafię, że nie skrzywdziłeś Hermiony, nie zraniłeś swojego największego szczęścia. Obyś ją szanował, dbał o nią, obyś codziennie jej mówił jak ją kochasz. Dorosły, przyszły Draco, pewnie masz nadal dokładnie tę samą robotę, obydwaj wiemy jak ją uwielbiasz. Może w końcu nauczyłeś się robić porządne sushi, bo, jak pewnie wiesz, to jedyne danie, którego obecny ja za nic w świecie nie umiem zrobić (chociaż lubię patrzeć jak bawi to Hermionę). Czy nadal kolekcjonujesz najdroższe miotły, przyjaźnisz się z Blaisem, chodzisz na mecze quidditcha, no bo, halo, pewnie nadal masz swoją drużynę! Nadal ją masz, co nie? Proszę, powiedz, że jej nie sprzedałeś, stary! Może w końcu ogarnąłeś działanie tych mugolskich sprzętów, które teraz są dla Ciebie magią, hihi. Ciekawe też czy już wiesz skąd Hermiona zna zaklęcia sprzątające? W sumie, to teraz nie jest takie ważne. Najważniejsze, żebyś ją kochał i uszczęśliwiał. I tego Ci życzę!
Twój Draco z przeszłości.
     Przyznaję się od razu : usiadłam do komputera czysto spontanicznie, po prostu czując, że pora coś w końcu dodać, no bo, halo, ile minęło czasu? Nie miałam jakiegoś konkretnego planu na ten list, tylko baaaardzo ogólny i kompletnie nieszczegółowy zarys. Poza tym, niezbyt miałam ochotę spędzić wieczór przed komputerem. Ale usiadłam. Zaczęłam pisać. I samo poszło. Jak Wam się podoba? Może częściej powinnam iść na taki spontan, co? :D. Ogólnie to jeszcze zauważyłam, nie wiem jak Wy, że klimat tego listu jest bardziej ciężki. Kiedy pisał do Hermiony to wiadomo, nie zawsze było kolorowo, ale też nie na tyle, żeby zniknęła ta miłość, słodycz. Tu wyszło mi bardziej emocjonalnie. Ten Draco nadal czuje wobec niej to samo, a nawet więcej, ale dorasta i oprócz normalnych lęków osób młodych, osób dorosłych, osób po wojnie, ma lęki osoby skrzywdzonej, która nie chce krzywdzić, nie chce być oprawcą. Wydaje mi się, że to fajne, bo, jak wiecie i tak wszystko obgada z Hermioną, a przy tym to nadal pozostaje takie doroślejsze, poważne. Widać dojrzałość postępującą między kolejnymi listami. Podobało się? :)
PS Celowo zakończenie jest takie lżejsze, ponieważ to ma być fajna, przyjemna w czytaniu seria. Oczywiście, z realizmem, stąd też rozterki, ale bez przesady. Dość dram jest w opowiadaniu :D.
Pozdrawiam, Eleonora.

niedziela, 12 marca 2017

Sowa informacyjna.

     Witajcie, Kochani! W lutym odezwałam się tylko raz, a w marcu to moja pierwsza Sowa do Was, ale to dlatego, że intensywnie staram się, nie tworząc nowe rozdziały, a działając w innych kierunkach. Po pierwsze mój blog należy do Stowarzyszenia Księcia Półkrwi co czyni mnie bardzo szczęśliwą, bo to kolejne miejsce, gdzie jest tworzona przeze mnie historia :). Po drugie na tym samym blogu jest moja miniaturka, o tu. Podkreślam mój, moja itp., ponieważ Vipera oficjalnie nie ma udziału w tym blogu, piszę i tworzę go tylko ja. Co za tym idzie, coraz bardziej pracuję na mój pseudonim, nie na Córki Merlina, ponieważ jestem Eleonorą, nie 1/2 Córek Merlina, a 1/1 Córki Merlina. Zmieniła się liczba mnoga w notkach i informacjach do Was na liczbę pojedynczą. Oprócz tego, zrobiłam poważną korektę prologu, rozdziałów od 1 do 4 włącznie, Poczty oraz lekko zmieniłam fabularnie rozdział 10, ponieważ pisała go Vipera i nie zgadzał się z niczym, co było wcześniej lub później na tym blogu. Polecam przeczytać te rozdziały jeszcze raz, może to wiele zmienić. Dalej poprawiam wszystkie rozdziały, a kiedy skończę mam zamiar poprawić w ten sposób, także wszystkie Sowy i miniaturki. Od razu mówię : w 95% to tylko poprawa literówek i błędów interpunkcyjnych, ale są momenty, gdy zmianie ulega wystarczająco dużo, żeby zalecić ponowne przeczytanie. Niedługo ukaże się kolejny List z serii oraz poprawiony rozdział 5 :). Zamierzam popracować również nad szablonem i nad paroma innymi rzeczami ;). Mam nadzieję, że Was nie zawiodę :)!

Pozdrawiam, Eleonora.

niedziela, 5 lutego 2017

15.''Decyzje o eliksirach''.

     Hej  Kochani! Przybywam do Was jeszcze w lutym, czyli nie do końca tak, jak chciałam. Trudno. Ważne, że w końcu jestem z rozdziałem przesuwającym fabułę trochę do przodu. W przerwie świątecznej nie udało mi się odezwać, wynika to nie z lenistwa, ale z tego, że : stawiam na jakość, więc posty są dłuższe, ale lepsze, a co za tym idzie, wymagają więcej czasu. Później jakoś tak wszystko zleciało i... sami widzicie. To po pierwsze. Po drugie możecie zerknąć do postu o poprawkach, a dowiecie się, co miałam w planach zrealizować. Teraz realizuję. Możecie dostrzec, że wszystkie posty mają jedną czcionkę, że regularnie uzupełniam Spis Treści, staram się na bieżąco informować Was o postach, zrealizowałam zamówienie ( było tylko jedno, o co się nie gniewam, jeśli ktoś zainteresowany to jest ono tu ), ruszyłam z nową serią ( seria Listów do znalezienia tu ), a co najważniejsze... obiecałam niespodziankę i robię niespodziankę! Niestety, wymaga ona nakładów pracy oraz czasu, ale staram się bardzo i już gdzieś w marcu powinna się ukazać :). Po trzecie, mam nowy sprzęt. Przyzwyczajałam się do niego, był problem z instalacją Chrome, to już za mną, teraz muszą ogarnąć pisanie na nim tak sprawnie, jak na tych, których do tej pory zastępowały mój stary sprzęt po jego ostatecznej awarii. A teraz zapraszam, miłej lektury :)! 
     Drzwi otworzyły się i dostrzegła... Nevilla. Wszedł spokojnie do pomieszczenia zamykając za sobą drzwi.
- Nawet nie wiesz jak mnie wystraszyłeś! -  miała zduszony głos.
- Przepraszam. - wyglądał na zakłopotanego. Mimo ogromnej przemiany nadal był miły i uprzejmy, chyba za to ceniła go najbardziej.
- Przecież pytałam kto tam! - prychnęła gniewnie, próbując się uspokoić. Doskonale wiedziała, że nie za bardzo miała powodów do strachu czy nerwów, ale trudniej się do tego dostosować, niż to stwierdzić.
- Byłem zamyślony, naprawdę, wybacz. - wyglądał na szczerze skruszonego. Poczuła się zła również na siebie. Po tym wszystkim po pierwsze w sytuacji zagrożenia nie powinna czuć się bezbronną, małą dziewczynką, a po drugie, przede wszystkim, powinna przestać wszędzie doszukiwać się niebezpieczeństwa.
- Nie potrafię się na ciebie długo gniewać. - uśmiechnęła się. Miał w sobie coś co nadal czyniło go po prostu dobrym, skromnym chłopakiem. Oprócz podziwu budził sympatię, nie można się było na niego zbyt długo złościć.
- Dziękuję. Co tu robisz? - zapytał niezbyt rozsądnie, skupiając się na wyborze sowy.
- To samo, co ty. W sowiarni zazwyczaj wysyła się listy. - zachichotała nerwowo.
- Ale można je wysyłać do wielu osób. Nie chcesz, nie mów. - wybrał w końcu czarną sowę. - Ale zgaduję, że do Rona. - odwrócił się do niej i puścił porozumiewawcze oczko. Zmroziło ją. Ron! Przecież miała do niego częściej pisać! Co z tego, że on nie wysyłał nic do niej skoro będzie wściekły za tak długi czas bez listów? Koniecznie powinna do niego napisać i to jak najszybciej! - Ej, coś nie tak? - zauważył jej zmartwioną minę. Wszyscy cenili go za wrodzoną empatię, ona również.
- Nie, nie. Też się zamyśliłam. List wysyłałam do Harrego. - siliła się na entuzjazm. - A ty? - udawała ciekawość, choć była niemal pewna, że zna odpowiedź.
- Do babci. - sowa odleciała z przywiązanym do nóżki listem. Do babci, oczywiście, zgadła. Znowu stanął do niej przodem i uśmiechnął się. - Chyba na mnie już pora, zaraz zacznie się kolacja, idziesz? - z jednej strony powinna pojawić się tam jak najszybciej, zjeść coś i czekać na wieści od Fen. Z drugiej miała ochotę chwilę pobyć sama, jeszcze raz wszystko przemyśleć. No i nie miała siły znowu patrzeć na tych wszystkich ludzi, którym wydawało się, że znają ją lepiej niż ona siebie. Po ostatnim wyskoku znowu przypięto jej łatkę bohaterki, jej zdaniem, kompletnie niesłusznie. Zamiast dostrzec, że trochę wypiła, to wszyscy widzieli, że ma dobry humor, świetnie się bawi i jeszcze znowu ratuje wredną Ślizgonkę! Dlaczego na siłę widzieli w niej kogoś kim nie była? Pokręciła głową odtrącając natrętne myśli. Powinna docenić to, że jest szanowana i lubiana, a nie tęsknić za czasami względnej anonimowości, spokoju. Gdyby to było takie proste.... Mimo nowego pretekstu by ją uwielbiać, wcale nie chciała tam iść. Choć... może nie mimo to a właśnie dlatego? Czuła ogromną niesprawiedliwość opinii ludzkich w tej sytuacji. Ona, ZNOWU została uznana za nie wiadomo kogo, podczas, gdy jej jedynymi zasługami był ogromny umiar w piciu i odpowiedzialność za koleżanki, które, zresztą, zostały obgadane i słownie zlinczowane za swoimi plecami. Wiedziała, że to co zrobiły było złe, jednak nie przyczyniło się do niczyjej krzywdy, ludzie po tych wszystkich wydarzeniach powinni być bardziej empatyczni, powinni przestać stawiać sobie durne podziały na tych dobrych i tych, którzy byli źli lub neutralni. Jeśli już miały ponieść społeczną odpowiedzialność to wszystkie, a nie z wyjątkiem! Uspokoiła się szybko. Siląc się na niezobowiązujący ton powiedziała :
- Nie, chyba zostanę tu jeszcze chwilę, bo... czekam na ważny list. - słaba wymówka, skarciła się w duchu. Najwyraźniej dobre preteksty posiadały swój limit dzienny. Nie spojrzał na nią dziwnie, nie potraktował jak idiotki. Odpowiedział :
- Jasne. Zatem widzimy się później. - wyszedł. Poczuła się wdzięczna. Właśnie za to tak lubiła Nevilla. Rozejrzała się po sowiarni. Nie miała zamiaru tu zostawać, chciała tylko poczekać, aż przyjaciel oddali się na tyle by mogła spokojnie przemknąć do siebie lub WS, w zależności od decyzji, którą podejmie za chwilę. Kucnęła na brudnej, betonowej podłodze. Przymknęła oczy próbując ułożyć w głowie treść listu, który miała zamiar wysłać do Ronalda. Wtedy drzwi ponownie otworzyły się z hukiem. Szybko wstała. Na progu pojawił się Malfoy. Najwyraźniej zbity z tropu mruknął :
- Cześć. - miał w dłoni kilka kopert. Nie skupiła się na ich dokładnej liczbie.
- Hej. - odpowiedziała spuszczając wzrok. Czekała na przykry komentarz z jego strony, ale nic takiego nie miało miejsca. - Nie jesteś na kolacji? - wypaliła bezmyślnie. Chciała wprowadzić rozmowę na luźne tory, a zachowała się na poziomie jego dziewczyny. Żałowała, że nie może się natychmiast pacnąć w czoło.
- Nie, jak widać nie. Ty też nie. - wymamrotał przesuwając wzrokiem po sowach. Wybrał pierwszą lepszą, niedbale i pospiesznie przywiązał do jej nóżki jedną z kopert. Obydwoje czuli się wyjątkowo niezręcznie.
- Ale już tam idę. - niezwykle szybko przeszła z próby nawiązania sensownego kontaktu, do ucieczki z miejsca przypadkowego spotkania. Przyjął to z wyraźną ulgą, widziała jak odprężył się minimalnie.
- Dobrze. - kiwnął głową na potwierdzenie swoich słów. Wszystko było takie sztuczne, udawane, jak wzięte prosto z makiety. Wcześniej wybrał byle jaką sowę, bo chciał iść stamtąd jak najszybciej. Sytuacja zmieniła się, gdy usłyszał, że to Granger wychodzi. Wybierał sowy z taką uwagą i dokładnością jak jeszcze nigdy. Chciał na siłę przeciągnąć długość swojego pobytu, żeby nie natknąć się na nią gdzieś na korytarzu, kiedy już obydwoje wyjdą z sowiarni.
- Pa. Do zobaczenia. - jej głos w założeniu miał brzmieć silnie, pokrzepiająco, przyjacielsko. Zabrzmiał słabo.
- Do zobaczenia. - nie odrywał wzroku od ptaków. Gdy drzwi zamknęły się za Hermioną głęboko odetchnął z ulgą i nie musząc już grać, poszedł na drugi koniec pomieszczenia by wybrać swoją ulubioną sowę. Pogłaskał ją pod dziobem, przywiązał listy adresowane do matki oraz do ciotki a potem z czułością pomasował lewe, dawno temu kontuzjowane skrzydło ulubienicy. Po odlocie Gerdy, bo tak brzmiało imię sowy, lekko zestresowany wizją ponownego zetknięcia się z Granger zdecydował się odpuścić sobie kolację i udać się do siebie mało uczęszczanymi korytarzami.
     Hermiona weszła do Wielkiej Sali głównie kierowana dziwnym uczuciem, że już dość się dziś zbłaźniła i nie musi do tego dokładać oskarżeń o kłamstwo. Skoro powiedziała Malfoyowi, że tu przyjdzie, to jest. Niechętnie zjadła miseczkę karmelowego budyniu, wypiła pucharek soku dyniowego, starała się uśmiechać. Chyba po raz pierwszy doceniła dostrzeganie w niej kogoś niesamowitego - to onieśmielało, mogła spokojnie zjeść, nie musiała silić się na rozsądne odpowiedzi do teoretycznych pytań. Ginny nie było, pewnie zjadła już wcześniej, więc skoro kompletnie nic jej tam nie trzymało, poszła prosto do siebie. Po korytarzach chodziło jeszcze całkiem sporo różnych grupek uczniów, w Pokoju Wspólnym powoli zbierało się coraz więcej osób. Nigdzie nie widziała Gin. W dormitorium niestety, także jej nie było. Hermiona zamknęła drzwi zaklęciem, po czym rzuciła się plecami na swoje miękkie łóżko, jednak niemal natychmiast usłyszała natarczywe dziobanie w szybę. Zirytowana otworzyło okno. Egzotyczny ptak przypominający skrzyżowanie papugi z orłem i sową, trzymał w zębach kopertę. Odłożyła ją na biurko, chciała dać mu zapłatę lub jedzenie, ale on, zupełnie niespodziewanie, wleciał wgłąb pokoju i zaczął dziobać drzwi do łazienki. Zdezorientowana otworzyła je by wpuścić dziwadło. Ptaszysko porwało w szpony kostkę mydła leżącą na marmurowej mydelniczce, pamiątce rodzinnej Granger, podrzuciło mydło do góry, a w chwili spadania, otworzyło potężny dziób by połknąć zdobycz. Następnie wyfrunął z łazienki, potem przez otwarte okno. Oszołomiona Gryfonka wpatrywała się w pustą mydelniczkę. Kimkolwiek był właściciel ptaka, wydawał na taki pokarm znacznie więcej niż na ziarno. Kiedy doszła w końcu do siebie, w pokoju panował chłód. Mroźne jesienne powietrze nieprzyjemnie dawało się we znaki. Szatynka zamknęła okno. Wzięła do ręki kopertę, na której ktoś ozdobnym, lecz krzywym  pismem napisał jej imię wraz z nazwiskiem. Po przecięciu koperty nożem do listów, wypadła z niej jedna, mała kartka. Wiadomość głosiła : Wieża astronomiczna o 21. Najprawdopodobniej pochodziła od Fenixy. Hermiona przyjmując z ulgą fakt, że Fen odbyła już rozmowę z Daf, zanotowała w pamięci, by zapytać skąd jej przyjaciółka wytrzasnęła tego paskudnego ptaka.     Zabini zamknął się w łazience, skąd dochodził odgłos szumu wody. Malfoy nie bardzo widząc dla siebie zajęcie, dodatkowo rozproszony przez bezsensowną pogawędkę, zdecydował, że zajmie się przepisem na karny eliksir. Miał zamiar pokazać Granger, że się do czegoś nadaje, tym samym puszczając w niepamięć całą niezręczność niedawnej sytuacji. Nurtowało go dlaczego dziś zachowywała się tak dziwnie, sztywno. Zniknęła cała elokwencja oraz bystre uwagi. Z trudem, ale jednak, dopuścił do siebie myśl, że ona czuła się podobnie jak on - zakłopotana, zażenowana i zawstydzona. Pewnie też nie bardzo wiedziała co ze sobą zrobić. Wbrew sobie, nie miał ochoty z niej zakpić, tylko poczuł coś w rodzaju... sympatii? Nawet lekko rozbawił go fakt, że on się tym tak potwornie stresował, gdy ona pewnie czuła się tak samo! Co prawda, na wszelki wypadek, gdyby jednak nie miał racji, nie chciał jej na razie zagadywać, ale w jakiś sposób mu ulżyło. W lepszym humorze zamierzał zabrać się do pracy. Notatek z poprzedniego wieczoru nie było jednak ani w biurku, ani w torbie, ani w szafkach, szufladach czy na półeczkach. Po przeszukaniu całego pokoju, w obłoku pary pojawił się Zabini.
- Łaskawco, raczysz mi powiedzieć co ty odwalasz? - miał na sobie wyłącznie czarne dresy. Jego umięśniony tors, poza paroma bliznami, nie nosił śladów wojny. Draco z powodu stresu, licznych zmartwień i wielu omijanych posiłków znacznie schudł, zmizerniał.
- O tej godzinie jesteś wykąpany? Pora iść do spanka? - zakpił zaglądając pod materac kumpla.
- Nie. Zmywałem z siebie strach. - uśmiechnął się blado. To, co miało brzmieć jak żart, dla Draco słusznie brzmiało jak prawda. - Oświeć mnie, co się dzieje. - zmierzwił dłonią króciutkie czarne włosy.
- Zgubiłem coś. Coś cholernie ważnego. - zanurkował pod swoje łóżko.
- Sens życia? - głupim żarcikiem trafił w samo sedno. Jego szczęście leżało w tym, że Malfoy wolał nie tracić sił na bicie go, a raczej przeznaczyć je na poszukiwania.
- Zamknij się, stary. Otrzeźwiałeś? - blondyn zajęty był poszukiwaniami pod dywanem.
- Nie wiem. Może się doprawię. Ale, kurna, co ty odczyniasz? - zirytował się.
- Szukam notatek! Cholera, robiliśmy wczoraj z Granger notatki a ja je zgubiłem!
- Chyba masz przeje... przesrane, chciałem powiedzieć, muszę się z lekka ograniczać jeśli matka chce mnie wcisnąć we fraczek i uczynić ze mnie dobrego męża. A wracając, Granger może mieć ostre pretensje. - siedział nonszalancko na fotelu w pozycji modela z najdroższych magazynów.
- Wow, jak dobrze, że mówisz, nie wiedziałem! - uderzył kościstą dłonią w ścianę. Zabolało, ale miał poważniejszy problem.
- Chwila, ogierze! Spokój! - wysunął do przodu ręce w geście chęci powstrzymania przyjaciela. - Gdzie je zostawiłeś? - spytał.
- Nie wiem, cholera, stary, inaczej bym ich tu nie szukał! - wykrzyknął szarpiąc delikatnie swoje blond włosy.
- Ej, wariacie, a gdzie wczoraj byłeś? - wstał, wziął do ręki przerwaną lekturę, wrócił na miejsce.
- Biblioteka! - radosny okrzyk. - Ale nie, chwila, nie ma szans. Wychodziłem z nimi stamtąd. - dodał zrezygnowany.
- Ostatni punkt wieczoru? - uniósł brew, Malfoyowi przywiodło to na myśl Granger z tym samym nawykiem. Chwila... Granger!
- Odprowadziłem Granger, chwila... - coś zaczynało świtać. - Podałem jej dłoń, więc miałem wolne ręce. Cholera, zostawiłem te zasrane notatki na Wieży Astronomicznej! - jęknął rozczarowany. Nie uśmiechał mu się spacer tam.
- To miłej podróży. - uśmiechnął się czarnoskóry.
- Dzięki za wsparcie, kumplu. - przy ostatnim słowie Draco przewrócił oczami. Wyszedł z dormitorium, kierował się prosto na Wieżę.
     Przed wejściem na Wieżę stała Fenixa. Nie uśmiechała się szyderczo, nie żartowała na głos tak, aby wszyscy dookoła słyszeli. Stała, nerwowo rozglądając się na boki.
- Nie poznaję cię. - Hermiona uśmiechnęła się blado na przywitanie.
- Ja sama siebie nie poznaję, skarbie. - prychnęła. - Właź, nie chcę, żeby ktoś nas podsłuchał. - ponagliła. Weszły na schody, które wydawały się znacznie mniej klimatycznym miejsce, niż, gdy Granger szła z Malfoyem. W połowie drogi usłyszały kroki z góry. Spojrzały po sobie, kiwnęły jednocześnie głowami, Fen wyjęła różdżkę i wycelowała ją przed siebie. Po minucie kroki stały się całkiem bliskie, nieprzyjemny dreszcz przeszedł po plecach Gryfonki. Najgorzej jednak poczuła się, gdy zobaczyła kim jest tajemniczy osobnik. Malfoy! Rozczochrany zbiegał ze szczytu, potrącił Ślizgonkę, przebiegł obok szatynki, zatrzymał się za nimi, po czym powiedział :
- Wybaczcie, dziewczynki, ale wybrałyście sobie dziwne miejsce na spotkanie. Trochę mnie to wypłoszyło, ot taki nawyk. - zachowywał się sztucznie, nienaturalnie, jak klon Zabiniego. Hermiona rozumiała prawdziwe przyczyny tej ucieczki ze szczytu Wieży. Podobnie czuła się w sowiarni zanim wszedł tam Neville. To wygłupianie się stanowiło wyłącznie reakcję obronną.
- Fretki z natury są płochliwe, to zrozumiałe. - Fen, mimo kiepskiej sytuacji, w której się znajdowała, znalazła miejsce na żarcik nie wchodzący w ramę zakładanej maski. Romanow stworzyła z Granger relację szczerej, prawdziwej przyjaźni, dzięki czemu ta druga doskonale wiedziała, że czerwonowłosa żartuje szczerze w trudnych chwilach tylko przy swoich bliskich. Ten docinek niewątpliwie był szczery, więc należało wnosić, iż łączy ją z Malfoyem jakaś więź, w dodatku pewnie nowa, skoro wcześniej to jej umknęło. Przez te rozmyślania nawet nie zachichotała słysząc ten, całkiem zabawny przytyk.
- Uważaj, bo zacznę żałować, że nie rzuciłem na ciebie Drętwoty. - uśmiechnął się niezręcznie, nadal przypominając woskowego manekina. W rękach trzymał kałamarze, pióra, pergaminy oraz różdżkę. Hermionie przypomniało to o konieczności napisania karnego przepisu.
- Przychodzisz się tu uczyć czy jak? - drążyła narzeczona Zabiniego.
- Może palić, tak jak pewnie i ty. A teraz spadam do twojego kochasia, możesz przyjść potem, osłodzić mu wieczór. - ten niesmaczny żart zdecydowanie był oznaką nie maski, a problemów z udźwignięciem jej ciężaru. Ku rozpaczy szatynki, doskonale go rozumiała! Przeżył przed chwilą stres, więc pewnie musi po tym dojść do siebie w samotności, tak jak i ona musiała.
- Jak na kogoś kto sam proponował kumpelstwo to jesteś świnia a nie kumpel. - Ślizgonka udawała urażoną.
- A ty żmija, warto podkreślić. Zostawiam was same, pogadajcie o tych babskich pierdołach czy o czym tam chcecie. Do zobaczenia! - kiwnął głową z wyraźną ulgą, co było zrozumiałe, zwłaszcza, że nie ciągnął wymiany zdań. Szybko odwrócił się do dziewczyn, po czym puścił się pędem na sam dół. Choć to, że niemal ignorował towarzyszkę nocnego palenia, powinno ją ucieszyć, ponieważ świadczyło o tym, że Draco nie chce nic wywlekać na żer plotkarzy ani jej upokarzać, to niestety, wbrew sobie, poczuła nutkę żalu. Dlaczego ją ignorował?
- Pa! - krzyknęła za nim Litwinka. Weszły na szczyt Wieży. - Chłodno tu. - zaczęła.
- To fakt. - przyjaciółka przyznała jej rację. - Jakieś postępy, cokolwiek? - spojrzała w gwiazdy. Zawsze w trudnych chwilach tęsknoty za rodzicami pocieszała się myślą, że są pod tym samym niebem, w nocy święcą im te same gwiazdy.
- Konkretnie. Widzę, że się wczułaś. - oparła się o barierkę, tyłem do widoków. - Złe wieści i dobre wieści. Co najpierw wolisz? - schowała ręce do kieszeni.
- Dobre, tak na piękny początek. - wpatrywała się w jezioro doskonale widoczne z tak dużej wysokości.
- Nie gniewa się, po prostu kobiece sprawy, źle się czuła i dlatego nie przyszła na lekcje. Chętnie się ze mną bliżej zakoleguje, ale bez picia. Jest zła na to, co o niej mówią, ale przykro jej nie jest, bo i tak jej nie lubili ze względu na liberalne poglądy. Nie gniewa się na ciebie, możecie też się kolegować, nawet tym lepiej, bo to tylko wkurzy plotkary. Ma dziewczyna charakterek, nie ma co. - pokręciła głową śmiejąc się cicho.
- To jak i ty. - odparła Hermiona, wykonując obrót i również opierając się o barierkę.
- No i między innymi dlatego mogę się z nią kolegować, proszę bardzo! Ale, ale... jak już wiemy, że nie ma się o co martwić to przejdźmy do poważniejszych rzeczy. Nie wie nic. Zupełnie. Te idiotki się z nią nie dzielą informacjami, z siostrą się nie dogaduje.
- Cieszę się, że ma się dobrze, jednak to jedyny plus tej waszej rozmowy, jedno zmartwienie mniej. No trudno. A ty? Podsłuchałaś coś? - dopytywała pocierając ramiona dłońmi.
- Nic. Te małpy milkną jak tylko pojawiam się obok, ewentualnie zaczynają gadać jeszcze większe głupoty niż zazwyczaj. Nie pomogę kompletnie. - wzruszyła zrezygnowana ramionami.
- Już pomogłaś. Naprawdę, dziękuję. To dla mnie ogromnie dużo znaczy. Trudno, mamy plan B jeśli chodzi o wyciąganie informacji. A skąd masz tego paskudnego ptaka? Nawet jak na ciebie to dziwny zakup. - zaśmiała się.
- Mogę tylko życzyć powodzenia. Ptaka? Chodzi ci o Bena? Pamiętasz jak mówiłam ci kiedyś, że rodzice zaplanowali mi małżeństwo? Na pewno pamiętasz, takiego gówna nikt nie zapomina. Przyszła teściowa kupiła mi tego paskudnika jako prezent zaręczynowy. Dorzuciła rodową kolię, ale Ben świadczy o jej fatalnym guście. W niezłą rodzinkę mnie wżenią, co? A mama kazała mi się cieszyć, twierdząc, że to drogi, egzotyczny prezent! Oczywiście, że tak, ale niepraktyczny. Trzymam go w pokoju, bo w sowiarni byłby gwiazdą. Ta stara krowa ma na imię Beatrice, więc on jest Ben. Mam nadzieję, że na ślub kupi mi mikser albo przynajmniej coś mniej dziwnego. - uśmiechnęła się jakby ten żart ją pocieszył. - Wracamy? - spytała, zmieniając temat.
- Tak. - padła odpowiedź. Nie drążyła dalej, czując, że dla jej towarzyszki temat zakończono. Po zejściu ze schodów, tak, jak się spodziewały, nie było tam Malfoya. Zanim każda ruszyła w swoją stronę, Fenixa dodała jeszcze :
- Jakbyś coś chciała, to zawsze możesz na mnie liczyć. - spojrzała Herm prosto w oczy, tym samym dodatkowo potwierdzając swoje słowa.
- Pamiętam. Wzajemnie. - przytuliły się na pożegnanie, każda z nich wróciła do siebie.
     Po uspokojeniu się oraz dotarciu do siebie, Draco uznał, że jego zachowanie było co najmniej idiotyczne. Powinien przestać doszukiwać się zagrożenia na każdym kroku! Wojna się skończyła, a sprawa Pansy nie świadczy o tym, że teraz na każdym kroku na niego żerują. Zabini zawzięcie szukał czegoś w kufrze stojącym u podnóża jego łóżka.
- Znalazłem. - oznajmił Draco, zamykając drzwi zaklęciem. Odłożył rzeczy na uporządkowany blat biurka. Już od dzieciństwa porządek zawsze go uspokajał.
- Super, ja też. - wstał z butelką eliksiru w dłoni. Zamknął kufer, upił potężny łyk mlecznobiałego płynu.
- Eliksir na potencję? - zakpił blondyn.
- Na twoje nieszczęście : nie. Eliksir Słodkiego Snu. Przyda mi się, będę spał jak dziecko. Zakorkował butelkę, ziewnął głośno. - Jakbyś chciał, to masz, walnij sobie. Używam tego rzadko, ale mi pomaga. - odstawił eliksir na szafkę nocną przyjaciela, opadł na swoje łóżko, zasłonił jego kotary, a po minucie dało się usłyszeć ciche pochrapywanie. Malfoy po krótkim, zimnym prysznicu i doprowadzeniu łazienki do całkiem dobrego stanu, zapalił nocną lampę, po czym spokojnie ułożył się na łóżku i z całych sił starał się odgonić wszelkie lęki, by zasnąć. Na próżno. Zrezygnowany wziął z nocnego stolika butelkę, upił trochę płynu, odstawił płynny ratunek ma miejsce, a po chwili już spokojnie spał...
     Droga do portretu przebiegła spokojnie, coraz mniej osób kręciło się po korytarzach, Fen poszła do siebie, a Hermiona miała zamiar zająć się pisaniem listu do Rona. Przed jednym z zakrętów zatrzymała się nagle, słysząc szept kogoś starszego. Nie rozpoznała słów.
- Horacy, ale jak to? Dlaczego? - jadowity, przymilny szept Ashtona jako odpowiedź.
- Podejrzewają, że ten ktoś zrobił Pansy krzywdę, bo jej coś dolał. Nic pewnego, ale po dokładniejszych badaniach zaklęć okazało się, że w sumie nie wiadomo co na nią rzucono. Sprytny, dziadowsko dobry kamuflaż! Nawet te klątwy wyszły na jaw po czasie. Drobniejsze zaklęcia mogą być nie do wykrycia nigdy! Dlatego muszę zabezpieczyć moje eliksiry bardzo, ale to bardzo dokładnie. Hagrid ma mi przynieść te swoje zabawne zwierzątka, już jutro z rana zaczną pilnować. Sam rozumiesz Ashton, po raz ostatni mogę ci dać Eliksir Energii bez recepty. Od jutra kieruj się do Poppy. - gruchał swoim tubalnym głosem.
- Dobrze, rozumiem. - dźwięk otwieranych i zamykanych drzwi do magazynu eliksirów stał się szansą ucieczki z miejsca tej dziwnej rozmowy. Korzystając z okazji, że są w środku, Gryfonka jak najszybciej biegła do siebie, w głowie układając sobie awaryjny plan. Po wypowiedzeniu hasła znalazła się w Pokoju Wspólnym, gdzie dostrzegła Ginny rozmawiającą z Deanem na jednej z kanap. Weasley miała podwinięte nogi okryte czerwonym kocem, uśmiechała się smutno i kiwała głową. Granger zastanawiała się czy to przerwać, ale doszła do wniosku, że muszą działać szybko. Podeszła, więc do przyjaciółki. Gin patrzyła na nią znad pleców Thomasa.
- Przepraszam, że wam przerywam, ale zdecydowanie musimy pogadać. - dla większego efektu zrobiła zbolałą minę. Dean patrzył na nią przez swoje ramię. Ze zrozumieniem kiwnął głową.
- Jasne. To do jutra? - tym razem spojrzał na Ginny.
- Pasuje. - uśmiechnęła się. Wstała, złożyła kocyk w kostkę i ułożyła na oparciu sofy. Przez moment Hermionie wydawało się, że Ginny schyla się, by przytulić Deana, ale ostatecznie tego nie zrobiła. W milczeniu dotarły do dormitorium.
- Co jest? - spytała Gin.
- Fen nic się nie dowiedziała i nie dowie. Sprytne żmije wszystko ukrywają, nigdy nie uchylą tajemnicy dla Fenixy. Chłopcy typu Zabini odpadają, oni nigdy nic nie wiedzą, jak zaczną pytać to będzie zbyt podejrzane, zresztą sama wiesz jak na niego czy na Malfoya patrzą. Żeby coś wyciągnąć potrzebujemy Eliksiru Wielosokowego, a nie ma czasu go uwarzyć. - mówiła szybko szukając czegoś w jednej z szuflad biurka.
- Kradzież? - Gin uśmiechnęła się zadziornie.
 - Pożyczka. Potem zrobimy nowy, to zwrócimy, ale teraz jest potrzebny na już. Dosłownie. Jak wracałam ze spotkania podsłuchałam rozmowy Ashtona z Horacym. Potem ci wyjaśnię, ale jeżeli dziś nie zdobędziemy tego eliksiru to sprawa będzie niesamowicie trudna. Mam! - wyjęła kartonik z białymi cukierkami. - Łykaj, najlepiej dużo, to Cuksy Bladoluksy, stary wynalazek twoich braci. Będziesz wyglądać jak kreda. - uśmiechnęła się.
- Masz szczęście, że uwielbiam brać udział w tego typu akcjach. - połknęła posłusznie całą garść pastylek. - Coś jeszcze? - jej cera powoli stawała się niemal biała.
- Udawaj mdłości i trzymaj się za brzuch. Idziemy. - zarządziła Hermiona. Przez Pokój przeszły z prędkością hipogryfa, żeby uniknąć zbędnych pytań. Po dotarciu do komnat profesora, Ginny szepnęła - Znikaj stąd, będę cię kryć, ale nie wiem jak długo, jasne? - zgięła się w pół udając ogromny ból brzucha.
- Znam zasady, Wealsey. - Hermiona szybko skierowała się do magazynu na pierwszym piętrze. Po Alohomorze wkroczyła do ogromnego, pustego pomieszczenia. - Lumos. - wyszeptała krążąc między półkami. Eliksiry Wielosokowe stały tuż nad Eliksirami Energetycznymi. Granger przypomniało się, czego potrzebował Ash. Zanotowała w pamięci, by to zbadać. Szybko schowała jedną butelkę pod bluzkę, wyszła za schowka i zamknęła go ponownie. Wiedząc, że ruda przyjdzie tu z profesorem po jakieś lekarstwo, ulotniła się szybko. Po piętnastu minutach znowu była u siebie, a butelka stała na biurku. Ginewra wróciła za kolejne piętnaście. - I jak? - Hermiona podniosła się z krzesła.
- Dał mi jakiś syf o smaku czosnku, tak na odporność i opowiedział, sam z siebie, sama wiesz, dlaczego od jutra będzie utrudniony dostęp. To już wiemy. Tylko co z tym eliksirem, co? - głową wskazała na butelkę za plecami przyjaciółki.
- Wezmę włos największej plotkaty Ślizgonek, a potem się w nią wcielę.
- Piękny plan. - usiadła na fotelu. - To kim będziesz, co? - zaśmiała się.
- Jak to kim? - uniosła brew szatynka. - Astorią Greengrass.

     I jak się Wam podobało? Koniecznie dajcie znać :)!