piątek, 27 listopada 2015

Miniaturka 2. "Chora miłość". Cz.3

Witajcie! Jak zawsze spóźniona. Wybaczcie, nie mam już wstydu przepraszać za pisanie tego tak późno... Znowu jestem chora i mam czas napisać dla Was część 3. Poznacie chytry plan Hermiony a w komentarzach możecie mnie zjechać za spóźnienie i niesłowność. Nie obrażę się! Obowiązuje nadal zasada z komentarzami. Mam dla Was jednak niespodziankę, która, jak sądzę, powinna coś zrekompensować : do dzisiaj do 23.59 możecie pisać w komentarzach wszystkie swoje zamówienia na miniaturki, wylosuję dwie, które napiszę w tym tygodniu a resztę dodam tutaj w ciągu dwóch najbliższych tygodni, więc czekam na zlecenia! Oprócz tego : jeśli chcecie, żebyśmy zareklamowały nasz blog zapraszamy! Piszcie na nasz gmail lub w komentarzach a dogadamy się i ustalimy szczegóły! No to nie przedłużając zapraszam na część 3, na którą, mam nadzieję, niecierpliwie czekaliście(zepsuł mi się laptop i to ukochany, jestem wściekła!) :
 Hermiona wróciła do pomieszczenia. Młody Malfoy leżał na wersalce i patrzył w sufit.
-Nie za dobrze ci?- uśmiechnęła się.
-Dobrze to byłoby mi z tobą. Za ile kończysz pracę?
-Właściwie już skończyłam. Mogę wracać do domu.-unikała jego wzroku pakując swoje nieliczne rzeczy do torebki.
-Jak wyniki?- podniósł się do pozycji siedzącej. Poczuła gulę w gardle.
-Jesteś chory, fakt. Ale nie nieuleczalnie. Wymyślę coś i wyzdrowiejesz, jasne? Masz być dobrej myśli. Mam cały rok, żeby cię uzdrowić.- czuła się fatalnie kłamiąc, ale wiedziała, że to może być jej jedyna szansa na zatrzymanie go przy sobie. Pisali listy, halo, to co innego niż kontakt twarzą w twarz. Może się okazać, że jeśli powie mu o fałszywej diagnozie to ją zostawi i poszuka innej panny. A na to nie może sobie pozwolić. Za mocno go kocha.
-Albo tylko rok.- mruknął niewyraźnie.
-Oh, zamknij się Malfoy. Zwijamy się.- zagłuszyła wyrzuty sumienia wmawiając sobie, że robi dobrze. Gdyby tak od razu powiedziała mu, że jest zdrowy to byłby szok!
-Dokąd?- dlaczego musi się uśmiechać aż tak ufnie? Nie widzi, że ją to wpędza w jeszcze gorszy nastrój?
-Dokąd chcesz.-wzruszyła ramionami marząc o zakończeniu tej farsy i życiu razem długo i szczęśliwie.
-Do mnie.- puścił jej oczko. Teleportowali się do jego apartamentu.
-Wow, tu jest... wow. Ogromne.- otworzyła usta.
-Wiem o tym doskonale.- uśmiechnął się.- Weź prysznic po ciężkim dyżurze i ruszamy na zakupy. Moja kobieta zasługuje na miliony diamentów. Zwłaszcza, że moje życie zależy dosłownie od niej.- zabolało. Czyli po to z nią jest, tak? Po to, do cholery? Dla życia? Naprawdę myśli, że gdyby nie byli razem to pozwoliłaby mu umrzeć? Z resztą, nieważne. Jak nie będzie go ''leczyć'' to najwyżej się zorientuje, że jest zdrowy. Nic złego mu się nie stanie.
-Jesteś szalony!- udaje rozbawienie, choć pęka jej serce i wie, że prawdopodobnie zależy mu na życiu, ale nie wspólnym tylko własnym.
-To nie ja urwałem się z pracy!- roześmiał się.
-Powiedziałam, że skończyłam dyżur i muszę iść. Nikt nie protestował.- puściła mu oczko po czym weszła do ogromnej łazienki by wykąpać się w wielkiej, marmurowej wannie. Liczyła, że woda zmyje z niej wszystkie winy. Po kąpieli z bąbelkami ponownie założyła swoje ubrania i wróciła do Dracona.
-Nie mam siły cię ciągać po sklepach, więc chyba tyle powinno nas zadowolić.- tajemniczy uśmiech zagościł na jego twarzy, gdy prowadził ją do kuchni. Były tam róże, świecie, biały obrus i...pizza?!
-Jesteś niemożliwy.-zachichotała całując go mocno.
-Granger, dlaczego ty ze mną jesteś?- wmurowało ją.
-Chciałam zadać to sama pytanie.- odrzekła rezolutnie.
-Nie dlatego, że chcę być zdrowy. Bo za ciebie mógłbym umrzeć. Jestem z tobą, bo nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. Pragnę być z tobą. Na zawsze. Gdybym nie był chory to może bym poczekał, ale teraz widzę, że nie ma na co. Wprowadź się do mnie, mała, proszę.- rozpłakała się. W połowie ze szczęścia a w połowie ze smutku. Jak mogła myśleć, że on chce ją tylko wykorzystać do wyzdrowienia skoro Draco kocha ją tak bezgranicznie? I jak może go okłamywać, wmawiać mu chorobę tylko po to by ''uleczyć'' go w cudowny sposób i zatrzymać przy sobie? Zrobiło jej się niedobrze.
-Czuję dokładnie to samo, gburze.- pocałowała go w policzek.- I licz się z tym, że jutro przenoszę tu wszystkie moje rzeczy!- pogroziła palcem.
-Nie mogę się doczekać.- Draco puścił muzykę i zaprosił Hermionę do zmysłowego, wolnego tańca. Tańczyli długo, ciesząc się sobą oraz ciepłem drugiej połówki. Ugryzł ją w ucho.
-Kocham cię, Granger.
-A ja ciebie, Malfoy.
-Dla takiej chwili jak ta bardzo było zachorować.-pocałował ją namiętnie zanurzając palce w jej rozpuszczone, miękkie włosy. Tańczyli jeszcze długo aż w końcu postanowili położyć się spać. Razem, przytuleni do siebie jakby byli jedną masą rąk, głów i nóg spali spokojnie aż do rana. Kiedy się obudził przemknął cicho do kuchni by wrócić ze śniadaniem do łóżka dla ukochanej. Otworzyła powoli zaspane oczka. Siedział na skraju łóżka z tacką i patrzył na nią z czułością. Zapomniała o swoim planie, kłamstwach, o tym w co on nadal wierzy. Uśmiechnęła się nieśmiało.
-Codziennie będziesz mnie tak budził?
-Kiedy tylko zechcesz, Granger. Ale czasem też chcę dostać coś miłego z rana. Choćby buziaka.- schylił się ku niej po czym ledwo musnął wargami jej ust. Na tacce był omlet, sałatka owocowa i mocna herbata.- Taka jaka lubisz. Pamiętam jak pisałaś od czego zaczynasz dzień.-delikatnie się uśmiechnął kiedy spojrzała na śniadanie. Zjedli razem śmiejąc się i żartując. Czuła się niemal tak jakby wszystko było normalne.
-Co dziś robimy, Malfoy?
-Przeprowadzamy cię do mnie! Ubierz się i na nas pora.
-Naprawdę nie żartowałeś....- wzruszyła się.
-A wolałabyś to? Nie chcesz ze mną mieszkać?
-Żartujesz?! Marzyłam o tym!- rzuciła mu się na szyję. Wstała i szybko pobiegła do łazienki. Kiedy się przebrała i chciała przejść do mycia zębów spojrzała w swoje oczy w lustrze. Sumienie bardzo chciało dać o sobie znać. Zagłuszyła je wmawiając sobie, że to wieści o chorobie sprawiły docenianie życia przez Draco. Po umyciu zębów oraz uczesaniu włosów dołączyła do Draco by wspólnie teleportować się do niej mieszkania. Było małe, składało się z łazienki, garderoby i aneksu kuchennego połączone z salonem. Poza sporą ilością ubrań nie dało się powiedzieć, że w mieszkaniu jest dużo rzeczy. Kilka zdjęć Hermiony samej lub z rodzicami, na ścianach. Parę talerzyków, kubków, szklanek i par sztućców. Drobne kosmetyki, parę bibelotów, głównie pamiątki z podróży.
-Jesteś minimalistką?-miał na sobie czarną koszulkę i jeansy. Wyglądał przeciętnie a mimo to nadal był niesamowicie przystojny.
-Nie. Po prostu nie lubię trzymania rzeczy, które łapią kurz.- wzruszyła ramionami. Zostały im do spakowania rzeczy z łazienki, a potem z garderoby. W łazience pochowali kosmetyki, ręczniki, dziewczyna kazała mu zabrać nawet jej ulubiony, granatowy łazienkowy dywanik. W końcu otworzył drzwi garderoby. Zamarł.
-Granger, robisz sobie jaja? Tu są same książki?!
-I deska do prasowania z żelazkiem, nie zapominaj.- mruknęła znad kartonu.- Czy to źle?
-Nie. Inne babki trzymałyby tu buty! Jesteś absolutnie wyjątkowa!- porwał ją w swoje silne ramiona. Śmiali się i chichotali. Celowo wybrali mugolski sposób, żeby poczuć całą moc przeprowadzki, poza tym, Draco koniecznie chciał obejrzeć wszystkie jej rzeczy. Najbardziej w mieszkaniu spodobał mu się album z ich wszystkimi, wspólnymi zdjęcia, ruchoma fotografia z zakończenia roku przedstawiająca ich w objęciach śmiejących się z jakiegoś żartu oraz, oczywiście, pudełko z listami od niego. W końcu skończyli.
-A meble?- odgarnęła z czoła niesforne pasmo.
-A chcesz je? Masz moje.- wyszczerzył idealnie białe zęby.-Jak bardzo ci zależy to oczywiście możemy je przenieść, ale magicznie, proszę!- zrobił błagalną minę.
-Nie ma problemu. Zbierajmy się. Nic nie jedliśmy od rana.
-Muszę mieć jakąś dietę?- zmartwił się. Kłamstwo ją dobijało, ale wcale nie chciała mówić prawdy. Tak strasznie bała się, że go straci, że całe jej szczęście pęknie jak bańka mydlana. Gdzieś podświadomie już chciała go od siebie emocjonalnie przywiązać, uczuciowo uzależnić. Choć tak już było z miłości nie dostrzegała tego próbując osiągnąć to kłamstwem. Wszystkie te informacje o chorobie po klątwie, zalecenia... To tak potwornie, nieznośnie gryzło, męczyło. Chciałaby móc przestać. Ale zbyt głęboko w to weszła, za bardzo wmówiła sobie, że trzeba iść dalej.
-Nie musisz. Spokojnie, nie rozmawiajmy o tym teraz, ciesz się chwilą.-ucięła temat.
-Racja.-kiwnął głową. Wraz z kartonami teleportowali się do niego. Może z miłości a może ze szczęścia wcale nie czuli głodu. Dopiero wieczorem kiedy wszystko rozpakowali pozwolili sobie zamówić chińszczyznę by zjeść ją razem śmiejąc się. Jedynie na kilka minut przed zaśnięceim Hermionie wróciły wyrzuty. Zagłuszył je buziak od Draco.
Minęło pół roku. Każdego dnia zasypiali i budzili się obok siebie, kochali się co noc, gotowali wspólne obiady i kolacje, chodzili na zakupy, jeździli na wycieczki, całowali się, chodzili na długie spacery trzymając się za rękę. Były tylko dwie rzeczy, które mąciły w ich idealnym świecie : dla Draco choroba a dla Hermiony jej oszustwo. Cały czas udawała, że szuka leków, bada go i leczy. W końcu postanowiła zakończyć farsę. Miała dość widoku na zmartwienia ukochanego. Dłuższy czas wmawiała mu, że powoli zdrowieje, jest lepiej, prace nad lekarstwem zbliżają się do końca. Pewnego dnia oznajmiła mu wieczorem, że następnego dnia powinien stawić się do szpitala na uzdrowienie. Nie mógł zasnąć z radości i podniecenia. Rano pełna wstrętu do samej siebie postanowiła iść do pracy na nogach zamiast użyć magii. Już od czasów przeprowadzki zauważyła, że kiedy pracuje, chodzi, wykonuje jakiś wysiłek fizyczny albo po prostu ma zajęcie to jest jej lżej. Mniej myśli, czasem nawet zapomina o tym jakie świństwo robi, znacznie mniej trudności sprawia jej wtedy wmawianie sobie, że to dobry pomysł. Gula w jej gardle rosła. Jeszcze nie ma nawet pomysłu co mu dać jako niby tajemny lek. Stworzyć jakiś eliksir? Walczyła z myślami. Minęła supermarket. Niewiele myśl zawróciła i weszła do środka. Chwilę chodziła po chłodnym wnętrzu bez żadnego celu. Trafiła do działu z napojami gazowanymi. Zaświtało. Wzięła puszkę Coli. Wcześniej nigdy jej nie pił, bo nie lubił mugolskich napojów. Zadowolona, ale coraz mocniej zażenowana ruszyła do kasy.

 Próbowałam dodać wczoraj okrojoną część, ale internet zacinał mi się niemiłosiernie. Laptop już nie działa... Więc lepsza jakoś, ale dłuższe oczekiwanie. Przypominam o zasadach z  komentarzami i o możliwości reklamy.:).
Niedługo ukarze się pierwsza reklama :).

poniedziałek, 2 listopada 2015

Miniaturka 2. "Chora miłość". Cz.2

 Wedle obietnicy jest! Druga część ''Chorej miłości.''! Mam nadzieję, że Wam się spodoba, bo piszę ją podczas choroby. Będzie dłuższa od poprzedniej. Zapraszam do komentowania i wprowadzamy w życie system : Jeden komentarz u nas-dwa komentarze na Twoim blogu! Już dziś odkomentuję wszystkim zaległym! Jestem ciekawa też co powiedzielibyście na miniaturkę o Lunie i Nevillu. Jesteście chętni? Jeśli tak to dajcie znać :)! Miłej lektury.:)
PS Ta część i poprzednia to tylko moja praca, więc jeśli jest źle to nie wina Vipery.:D
     Wyszli z gabinetu doktora Wilsona. Szli niepojętą plątaniną korytarzy. W końcu Azjata zatrzymał się przed jakimś pokojem i zapukał trzy razy. Malfoy miał ręce schowane w kieszeniach czarnego garnituru. Nie chciał okazać się mięczakiem. Może i został mu rok życia, ale chce przeżyć go jak bohater a nie menda. Drzwi otworzyła młoda kobieta. Draconowi opadła szczęka. Granger...
-Hej... O matko.- zasłoniła dłonią otwarte ze zdziwienia usta.- Draco?
-Hermiona?- szybkim gestem przeczesał włosy.
-Znacie się?- zdezorientowany towarzysz chorego patrzył to na mężczyznę to na koleżankę z pracy. Pierwsza odezwała się szatynka.
-Tak.- kiwnęła głową.- Czasy szkoły.- uśmiechnęła się krzywo. O tak, doskonale pamiętał. Zaraz po wojnie zbliżyli się do siebie. Po bitwie. Utrzymywali swój... Hmm... Związek? Tak, to chyba to, w tajemnicy. Nie chcieli by ktoś wiedział. Ona zmuszona do spotykania się z Ronem a on zepchnięty na margines. Chodzili na spacery, zwierzali się sobie, wiedzieli o sobie wszystko. Pocałował ją tylko raz. W dzień przed zakończeniem roku. Tak jakby czuli, że kończy się ich przyjaźń. Wtedy też się kochali. Było im cudownie. Najpiękniejsza noc ich życia. Wyznali sobie miłość, choć byli pewni, że nie mają szans. Obiecali sobie, że gdy będę mieli po 20 lat i każde z nich już ułoży sobie wszystko w sobie i w środowisku to spotkają się i spróbują jeszcze raz. Mieli też pisać do siebie listy raz na miesiąc ustalonego dnia. Pisali. Dziś był ten dzień kiedy powinni wysłać kolejny. Nie zdążyli. Spotkali się tu.
-Więc, Hermiono, pan Malfoy jest chory.
-Wejdźcie.- odsunęła się lekko od framugi i zaprosiła ich gestem do środka. Weszli do białego pomieszczenia. Była tam wersalka obita szarym materiałem, leżał na niej zwinięty w kulkę koc w zeberkę oraz kilka białych poduszek. Nad wersalką było okno z parapetem niemal niewidocznym spod stosów książek.
-Przepraszam, miałam wczoraj zmianę na popołudnie, ale potem była niespodziewana operacja i zostałam do pierwszej w szpitalu. Dzisiaj zmianę zaczynam na 7. Nie opłacało mi się wracać.- wyjaśniła bardziej Draco niż sobie. W pokoju stała jeszcze lodówka sięgająca ledwo do pasa, biały stoliczek i  dwa metalowe, beżowe taborety. Na lodóweczce ktoś zamontował blat, obok była półka ze zlewem, nad nim wisiała szafka, pewnie na jakieś kubki czy talerzyki. W rogu klitki stał srebrny, metalowy kosz otwierany przez nadepnięcie na stopkę.
-Siadajcie. Może zrobię herbaty.
-Nie trzeba, kochana!-Wilson chyba wcale nie czuł tej niezręczności panującej między dawnymi kochankami.- Panna Granger jest wybitną lekarką od ciężkich klątw i przypadków. A pan Malfoy- kiwnął głową na trupiobladego chłopaka- Ma niezwykle rzadką chorobę poklątkową.- dziewczyna stała do nich przodem, miała za sobą blat. Kiedy usłyszała diagnozę zrobiło jej się słabo, oczy zaszły jej czernią. Ręce wysunęła do tyłu i oparła się o blat.
-Ej, Granger, wszystko ok?- blondyn wstał z taboretu gotowy złapać ją, gdyby zasłabła.
-Ile?-to pytanie powtarzało się tego dnia już po raz któryś. Nie interesowała ją teraz jego troska. To on był najważniejszy.
-Wstępnie rok.- z największym trudem powstrzymała się od płaczu. Przypomniała sobie najpiękniejszy rok jej życia- rok ich przyjaźni. Sekrety, tajemnice i ukryte spotkania pełne uścisków, rozmów, wspólnego gotowania, czytania książek. To jak kibicowała mu na meczach, to jak wyznał jej miłość, pocałował, jak się kochali... Postanowienia, listy, stały kontakt. Mieli po dwadzieścia lat. Właśnie w tym roku mieli się spotkać. W dzisiejszym liście chciała spytać czy pamięta co sobie obiecali. Była niemal pewna, że pamięta, ale co z tego? Nie jest im dane. Rok. Mogą przeżyć jeszcze tylko jeden piękny rok i straci go na zawsze. Niczego nie żałowała w tej chwili jak tego, że dwa lata temu zdecydowali się rozstać i ułożyć sobie życie osobno by potem układać je razem. Spojrzała w oczy ukochanego. Wiedziała. Była pewna. On czuje do niej to samo, ma te same myśli.- Oczywiście, kochana, jesteś absolutnie niezastąpiona i mam pewność, że z Twoją pomocą i opieką pan Malfoy przeżyje minimum dziesięć lat. A teraz, jak wiesz, nie jestem tu potrzebny, ty dalej prowadzisz pacjenta. Muszę wracać do siebie, daj znać jak coś ustalisz, dobrze?- wstał. Podał im ręce- Będzie dobrze!- rzucił jeszcze dziarsko po czym zamknął drzwi. Patrzyli na siebie w milczeniu by po chwili otępienia rzucić się ku sobie i zatopić w namiętnym pocałunku.
-Cholera, mała, tęskniłem.- powiedział kiedy oderwali się od siebie. Zachowywał się zupełnie tak jakby miał przed sobą wieczność.
-Dwa lata minęły, wiesz?
-Wiem.-przytaknął.- Jak widać było nam przeznaczone się spotkać szybciej niż ustalaliśmy w listach, wiesz?
-Widzę, kochany. Ale... czy to musiały być akurat takie okoliczności? Co ja mam z tobą zrobić? Zrobię dosłownie wszystko by cię uleczyć! Wszystko!
-Dasz radę.- upewnił bardziej siebie niż ją.- Napijemy się kawy i pogadamy?
-Jesteś aż za spokojny.
-Bo wszystko czego potrzebuję stoi przede mną.- poczuła się od nowa tak kochana jak dawniej. Zrobiła im po kubku gorącej kawy, podała mu i usiadła.
-Jak wiesz : pracuję nad ciężkimi przypadkami, ale nie chorób śmiertelnych tylko raczej źle rzuconych zaklęć lub paskudnych klątw. Dziś w nocy usuwałam macki dwóm szalonym handlarkom z Pokątnej, które się pokłóciły i ostro poużywały jedna na drugiej!- parsknął ze śmiechem.- Znasz moją historię, skończyłam kurs w Paryżu, odnalazłam rodziców, ale mam swoją kawalerkę, nie mieszkam z nimi. Zostałam rok temu magomedykiem. Nie miałam nikogo. Ani jednej randki. Pierwszy i jedyny kochanek. Z Ronem rozstałam się zaraz po szkole.
-Dostałem robotę zaraz po studiach. Mój ojciec nawet ze mną nie gada. Z mamą mam świetny kontakt. Zero kobiet i randek. Mam duże, ale nieznośnie puste mieszkanie. Pierwsza i jedyna kochanka.- uśmiechnął się.- Przeczytałem o chorobie w gazecie, chciałem sprawdzić, zbadać się no i proszę. Okazało się, że jestem chory. Pięknie, prawda? Ledwo cię odnalazłem a już niedługo będę tylko kupą prochu!
-Nie mów tak!- wstała krzycząc.- Nie mów! Wyzdrowiejesz, jasne? Zadbam o to! Zawalczę choćby całą sobą! Nie pozwolę ci umrzeć!- zarumieniła się zdając sobie sprawę z wagi tego wybuchu. Pokazała, że go... kocha. Tak, właśnie, kocha.
-Kocham cię.- też wstał, podszedł i mocno ją do siebie przytulił. Najmocniej jak potrafił. Nie panowała już nad emocjami. Płakała wtulona w jego bezpieczne ramiona.-Nie pozwolę cię nikomu skrzywdzić. Będę żył, jasne? Dla ciebie.-pocałował ją w czoło.- Dużo mieliście chorych na to co ja?
-Kilku. Jedno odcięliśmy rękę, drugi oślepł na jedno oko, jeden był bezpłodny a kolejny miał po tym tylko wrzody żołądka.
-Jestem najcięższym przypadkiem?!
-I jedynym śmiertelnym, nie wiem czy oberwałeś. Zrobię ci jeszcze raz badania krwi to odgadnę jak cię leczyć. Zgadasz się? W takim przypadku każdy dzień jest ważny.
-Nawet nie pytaj tylko badaj.- powtórzyła to co wcześniej robił szalony doktor po czym zostawiła szkolną miłość w pomieszczeniu i poszła zbadać krew. Badała ją wiele razy, nawet z panną Lemon. Ale za każdym razem wychodziło to samo. Draco był zdrowy! Nie powiedziała nikomu do kogo należy próbka. Nie miała zamiaru mówić mu o błędzie przy wcześniejszej analizie. W jej głowie zaświtał chytry plan....
 I jak Wam się podoba? :). To koniec drugiej części, ale nie koniec całej miniaturki, do końca tygodnia będzie trzecia część, serdecznie zapraszam :).
Eleonora.

sobota, 17 października 2015

10. "Och, ta Fenixa!" – Ignis aurum probat

     A oto nowy rozdział, dedykowany dla ALEKSANDRA, który chyba jako jedyny troszczy się o naszą dwójkę i komentuje. Naprawdę, nie gryziemy za pisanie swoich opinii o rozdziale! 
Vipera
PS Ostatnio miałyśmy taką rozkminę z Eleanorą- Aleksander, Ty jesteś chyba męską wersją, true Trawlney! Wiesz o czym chcemy napisać rozdział za nim się za niego w ogóle zabierzemy!

     Krzyk narastał jej w gardle. Zerwała się do pozycji siedzącej, czując lodowate kropelki potu spływające jej po plecach. Odgarnęła włosy, opadające jej na twarz i unormowała oddech.Znów to samo. Ten sam koszmar, który nie dawał jej spokoju od końca wojny. Wyślizgnęła się z łóżka. Szybko narzuciła siebie pierwsze lepsze ciuchy i chwytając za różdżkę, opuściła dormitorium. Wyszła z Pokoju Wspólnego. Nie interesowało jej nic. Panicznie potrzebowała świeżego, lodowatego powietrza, którego nie mogła dostać w lochach. Flicha i Norris nigdzie nie spotkała.
Głupia ma zawsze szczęście- pomyślała z przekąsem, czując jak nocne powietrze, składa delikatne pocałunki na jej rozgrzanej skórze. Spokojnie podążyła na pomost, gdzie usiadła i uprzednio zrzuciwszy rozklekotane trampki z nóg, zamoczyła stopy. Westchnęła ponownie i odchyliła z błogością głowę w stronę nieba. Było ono granatowe i upstrzone gwiazdami. Uśmiechnęła się lekko. W jej rodzinnym ogrodzie nie była w stanie ich zobaczyć, przez te durnowate drzewa, które posadziła jej matka. Jakby nie mogła ich umieścić od frontu. W sumie, wiedziała czemu wielka Natasza tego nie zrobiła. Wiele razy Fenixa wślizgiwała się na dach domu i leżała na nim, wpatrując się w gwiazdy. Jak przez mgłę przypomniała sobie historię opowiadane przez jej babcie, jedyną kobietę w rodzinie, która ją akceptowała. Močiute* mówiła jej, że każda gwiazda to różdżka, która w tęsknocie za swoim panem umarła i poszła z nim do nieba. Natomiast każda spadająca gwiazda to rzucone przez nią zaklęcie, za którym tęskni. Babcia Sasza nie lubiła Baśni Beardla. Wolała te ludowe na przykład o Dzikim Polowaniu, powstaniu Litwy. Urzekła tym wówczas sześcioletnią Fenixę. Fen chyba jedyna w całej rodzinie, tak bardzo przeżyła jej śmierć.
-Panno Romanow!
Zaklęła pod nosem i odwróciła głowę. Zobaczyła profesor McGonagall u boku jakiegoś znacznie młodszego mężczyzny, gdzieś tak koło 30-stki. Patrzył na nią z rozbawieniem w stalowoszarych oczach.
-Och dzień dobry, pani profesor! Cudowne dziś niebo, prawda?- spytała, wysuszając zaklęciem stopy i ponownie ubierając trampki.
-Panno Romanow, co ty tutaj robisz?- westchnęła zrezygnowana.
-Pani profesor- Fenixa rozłożyła ręce w geście bezradności- Obawiam się, że nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Filozofowie zarówno mugolscy jaki i czarodziejscy zastanawiają się nad tym zagadnieniem od setek lat..
Mężczyzna wybuchnął śmiechem zupełnie ignorując mordercze spojrzenie dyrektorki.
-To - wskazał na nią palcem z wielkim sygnetem- była doskonała odpowiedź.- pochwalił. Fen dygnęła zgrabnie, po czym odrzuciła kilka zbuntowanych kosmyków, które opadły jej na twarz.
-Dziękuję, panie Black.- wyszczerzyła się w uśmiechu, po czym ruszyła w stronę dorosłych.
-Skąd wiesz, że jestem Blackiem? - poczochrał swoje przydługie włosy. Dziewczyna uśmiechnęła się z politowaniem.
-Na następny raz, jeśli nie chce być pan rozpoznany, radzę nie zakładać sygnetu- zwróciła się do McGonagall- Skoro zostałam przyłapana na tej gorącej randce z jeziorem, będę zmykać do dormitorium. Jutro powie mi pani o szlabanie, dobrze?
Kobieta tylko machnęła dłonią zrezygnowana.
-Idź dziewczyno i uważaj na Argusa.- nakazała.
-Niech się pani nie przejmuje! Złego diabli nie biorą!- zawołała przez ramię ze śmiechem i zniknęła w mroku zamku, nie czując bacznego spojrzenia stalowo-szarych oczu.
     Dziękując w duchu Merlinowi, że nie wygląda jak Infernus, weszła do Wielkiej Sali. Była ona już do połowy zapełniona uczniami. Kakofonia ich rozmów, pogorszyła tylko stan Fenixy. Skrzywiła się słysząc zbiorowy pisk ze strony "ślicznotek" jak nazywała groupis co przystojniejszych Ślizgonów. Żeby jeszcze było się czym podniecać... Opadła na swoje krzesło, naprzeciw Blaisa i Draco, po czym oparła głowę na łokciu, przymykając jednocześnie oczy.
-Milczeć. Albo wykastruje. - oznajmiła, nawet nie patrząc na chłopaków.
-Piłaś?- spytał rozbawiony Zabini. Dziewczyna spiorunowała go wzrokiem. Picie było tym na co miała ochotę teraz, nie wcześnie.
-Nie wyspałam się w nocy.- wyjaśniła. Oparła głowę o wątłe ramię, siedzącej obok Daphne.- Daph, utnij mi głowę, żeby nie bolała! - jęknęła. Nie przyjaźniły się, dopiero zaczynały znajomość, ale zapowiadało si to obiecująco, ponieważ wiele ją łączyło. Dziewczyna uśmiechnęła się krzywo.
-A kto mi pomoże, wkurzać Davis, co?- spytała.
-Mój przyszły nie doszły. - odparła Romanow. Greengrass parsknęła śmiechem.
-Sorry Fen, ale nie.- wzruszyła ramionami, tym samym strącając głowę rudej.
-Ale z ciebie koleżanka.- mruknęła, siadając prosto. Daphne posłała jej buziaka, imitując przy tym swoją młodszą siostrę.
-Lepszej mieć nie będziesz. - uśmiechnęła się. Fen wzięła z talerza Blaisa tost z dżemem dyniowym.
-Ej, grabisz sobie Kitty**!- oznajmił brunet, grożąc jej palcem.
-Kitty?- powtórzył Draco prawie dławiąc się kawą. - Zebrało ci się na czułości?
-Prawa autorstwa są zastrzeżone!- odpowiedział czarnoskóry. Jego narzeczona jęknęła.
-Nie umiecie się zachować, więc idę do bardziej cywilizowanego towarzystwa.- oznajmiła Romanowa, biorąc grzankę i wstając od stołu. Spokojnym krokiem wyszła z Wielkiej Sali, gdy usłyszała jak ktoś ją woła. Westchnęła i odwróciła się. McGonagall podeszła do niej spokojnie, z gracją.
- Dobrze, że cię widzę. - uśmiechnęła się delikatnie. - Nie dostaniesz ode mnie szlabanu, ale prosiłabym o zaprzestanie kolejnych, nocnych wycieczek. Jasne?- zasadniczy ton kontrastował z radosnymi ognikami w oczach.
- Dziękuję. Postaram się opanować moje instynkty samozachowawcze. - wyszczerzyła zęby.
- Żarty na bok, moja droga. Do widzenia. - dziewczyna skinęła głową i skierowała się do lochów. W połowie drogi jednak zatrzymała się. Nie chciała spędzić weekendu bijąc się z myślami, gdy mogła iść do wioski i jeszcze zawlec tam Hermionę! Szybko odwróciła się by pognać ku Wieży Gryffindoru. Po około dziesięciu minutach, dumna ze swojej świetnej kondycji, znalazła się w zasięgu wzroku Grubej Damy.
-Hej, Gryfonie!- zawołała widząc, jakiegoś chłopaka wchodzącego przez dziurę w portrecie. Postać zatrzymała się, wlepiając w nią wzrok.
-Cześć, Ślizgonko.- powitał ją. Mówił z wyraźnym irlandzkim akcentem.
-Drogi, Gryfiaczku mógłbyś mi zawołać, Hermionę? - spytała. Spjrzał na nią nieufnie. - Nie licz na prośby ani oczy kotka, dobrze ci radzę. - sarknęła zirytowana. Chłopak wybuchnął śmiechem, ale skinął głową.
-Jak nie będzie chciała, przyjść to co mam jej powiedzieć?- spytał.
-Hm...że krwawię i że potrzebuję kogoś, kto spisze moją ostatnią wolę.- machnęła dłonią, zbywając go. - Zdaje sie na twoją kreatywność, Gryfonie. - udawała ton swojej matki, cho on, przecież nie mógł tego wiedzieć.
-Cóż za łaska, Ślizgonko.- parsknął rozbawiony. Nim się obejrzała, zniknął w dziurze za portretem. Fenixa oparła się o ścianę i zadarła głowę w stronę sufitu. Prawdę mówiąc przydałoby się jeszcze jakieś towarzystwo... Szybko dobyła różdżkę i rzuciła nią zaklęcie patronusa. Srebrny feniks pomknął ku Wielkiej Sali, gdzie zapewne siedziała adresatka wiadomości. Rudowłosa prosiła w duchu by Daf zorientowała się o co chodzi w zdaniu ''Na pola chmielowe robotnicy wychodzą o dziesiątej''. Liczyła także, że feniks to wyszepta, a nie wykrzyczy jak na plaży ostatniego lata. No i oczywiście, żeby Blaise się nie dowiedział, co planuj Inaczej od razu były powód, żeby się przyczepić, twierdząc, że nie puści jej samej. A ona nie miała pięciu lat i nie potrzebowała rycerza na białym koniu, który ciągle by ją chronił. W chwili obecnej chciała faceta z którym mogłaby wypić, szczerze pogadać, poplotkować, ale też wypłakać się i przeklinać na cały świat. Niestety- ideały nie istnieją. Tak jej się przynajmniej wtedy wydawało.
-Co jest, Fenny?- zamyślona oderwała wzrok od sufitu i spojrzała na nadchodzącą Daphne. Dziewczyna była urodziwa, to trzeba było przyznać. Miała mahoniowe włosy do łopatek i hipnotyzujące oczy w tej samej barwie, jednak największym jej atutem była naturalność, czyli cecha tak bardzo pominięta przez jej siostrę. Jedynym minusem Daf wychowanie w idei "czystości krwi", lecz z tym dziewczyna dawała sobie radę. Jako jedna z nielicznych ze Slytherinu, już przed wojną twierdziła, że nie przyjaźni się z krwią, lecz z ludźmi. To był jeden z wielu innych powodów, dla których to Litwinka wybrała ją na kandydatkę do przyjaźni.
-Idziemy się upić, kochana. I to tak, że nie będziemy pamiętać swoich nazwisk.- oznajmiła, gdy w tym samym czasie portret Grubej Damy otworzył się z hukiem i wyleciała z niego Hermiona. Na jej twarzy malowało się przerażenie.
-Fenixa, co się dzieje? Seamus mi powiedział...- panna Granger zamarła, widząc rozbawioną minę Ślizgonki - Ty jesteś naprawdę okropna.- parsknęła zirytowana.
-O jejku, Herm, nie obrażaj się. To był jedyny sposób by wyciągnąć cię z tej jaskini. W ramach przeprosin zapraszam cię na gorąca randkę ze mną i z Daphne. Odpowiedzi nie przyjmuję! - wykrzyknęła.
-Muszę?- Gryfonka zrobiła niepewną minę. - Mam zakaz wychodzenia z zamku, pamiętasz? Nie powinnam. Tym bardziej nie na randki. - skrzyżowała ręce.
- Ten jeden jedyny raz zaszalej! No raz, nic ci nie będzie, pójdziemy tam, gdzie nikt cię nie zaczepi, proszę... - ułożyła ręce w błagalnym geście. Granger myślała nad tym chwilę.
- Obyś miała rację. Nie zawiedź mnie. Idę po kurtkę. - westchnęła zrezygnowana. Obydwie doskonale wiedziały, że zgadza się tylko i wyłącznie dla odstresowania oraz skuszona ofertą anonimowości. Zniknęła za portretem.
-Serio, gorąca randka?- spytała ciemnowłosa.
-No chyba nie powiesz, że gdybyś była facetem, to byś na mnie nie leciała!- oburzyła się.- Jestem przecież piękną, czarującą damą! - obróciła się wokół własnej osi, tak jak kazała jej robić mama w dzieciństwie.
-Nie. I obawiam się, że Gryfiaki podzielą moje zdanie .- odparowała Greengrass.
- Jak sobie chcesz. - udawała obrażoną. Po chwili, ku ogólnej uldze, wybawiając je od konieczności ciętych ripost, pojawiła się Granger.
     Hogsmade przywitało je tłokiem ludzi i gwarem ich rozmów. Przerażało to Hermionę, która naprawdę liczyła na anonimowość. Po raz kolejny poczuła się po prostu naiwna. Narzuciła mocniej kaptur na głowę, zdejmując go dopiero po wejściu do jakiegoś parszywego pubu. Nawet tam z trudem udało im się odnaleźć pusty stoli. Na zamówienie alkoholu, musiały czekać z dobre półgodziny. W końcu jednak udało im się, w spokoju dobić do barmana i zasiąść w spokoju przy szklaneczkach Ognistej Whiskey. Fenixa niczym uczestniczka w zawodach picia wlała w siebie dwie szklanki. Daf jedną i dwa drinki, a Herm, zmuszona w dodatku, z trudem wypiła pół mocno rozcieńczonego drinka, tłumacząc sobie, że może, bo jest pełnoletnia. Niestety, niewiele to zmieniło, nadal czuła, że to nieodpowiednie. Na szczęście Daphne wybawiła ją od dalszej analizy za i przeciw, zaczynając intelektualną dyskusję o numerologii, tym samym pozwalając Fenixie zatopić się w myślach o Blaise Zabinim. Nie był jej ideałem. Ha! On nawet nie był do niego zbliżony choćby w pięciu procentach. A mimo wszystko, czuła się przy nim dziwnie. Miała irracjonalne poczucie, że on może zapewnić jej szczęście i bezpieczeństwo. Pokręciła głową zdegustowana sentymentami na jakie jej się zbierało. Zamówiła zatem kolejne dwie szklaneczki cudownie palącego w gardło płynu. Doskonale wiedziała, że jeśli sama nie zawalczy o swoje szczęście, to będzie mogła tylko o nim marzyć. A jeśli chodzi o bezpieczeństwo to akurat on należał do tego typu chłopców, którzy je odbierali. Nie potrzebowała nikogo.
Kłamstwo! - zawył jej umysł.- Zawsze kogoś potrzebowałaś. Najpierw szukałaś oparcia w Siergieju. Nie wyszło, bo tylko wykorzystywał twoją moc. Ivan? Tak , był dla ciebie oparciem, ale miał kompleks rycerza na białym koniu. A teraz? Teraz moja kochana niestety, ale padło na Draco. Dlatego, chcesz mu pomóc. Przyznaj się. Nigdy nie robisz czegoś bezinteresownie.-Hej, Fen! - ktoś nią potrząsnął. Uniosła głowę i spojrzała na zmartwione przyjaciółki, pochylające się nad nią.
- Mówimy cię od pięciu minut!- zaniepokoiła się Gryfonka.
-Byłam zajęta myśleniem nad swoją zajebistością.- skłamała, szczerząc się sztucznie. Zakręciło jej się w głowie. Daphne uśmiechnęła się porozumiewawczo, a Hermiona przewróciła oczami, przyzwyczajona do takich odzywek. Ta pierwsza zamówiła sobie kolejnego drinka, co nie było dobrym pomysłem biorąc pod uwagę jej słabą głowę. Gryfonka krzywiąc się odsunęła od siebie niedopity napój alkoholowy, ale zaopiekowała się nim Romanow. Odstawiła szklankę z głośnym hukiem. Dostrzegła dwóch wysokich typów spod ciemnej gwiazdy. Skrzywiła się, ale nie przez alkohol.
-Chłopcy- cóż za subtelne określenie - pytali, czy mogą się przysiąść.- Daphne rzuciła jej znaczące spojrzenie. Przekaz był jasny. Spław ich. Sama nie mogła tego zrobić z jednej prostej przyczyny - mówiła jakby osa ugryzła ją w język. Alkohol zaczynał działać ze zdwojoną mocą.
-W sumie i tak miałyśmy iść. - wyjaśniła spokojnie. - No, zbieramy się dziewczynki! - zarządziła niczym kwoka, wstając. Hermiona pospiesznie podniosła się z miejsca, łapiąc pod ramię pijaną Daf. Tamta z trudem wstała, by z ogromnymi problemami iść trzymana pod ręce prosto do drzwi. Po wyjściu, przezorna Granger szybko ubrała kurtkę, korzystając z tego, że Fen próbowała utrzymać Dephne. Następnie, po zarzuceniu sobie kaptura, uczyniły anonimową także najbardziej pijaną z całej trójki. Z trudem wlokąc Greengrass, ruszyły w stronę Hogwartu. Po dotarciu na miejsce plan Grygonki był prosty : dostarczyć Daf do jej dormitorium, spokojnie wrócić do siebie. Roześmiana Fenixa, znajdująca się w fazie pijackiej radości, zaproponowała kolację w Wielkiej Sali. Po usłyszeniu odmowy tylko czekała na szansę do realizacji planu. Doczekała się. Jej przyjaciółka puściła na moment ramię pijanej towarzyszki, schylając się w celu zawiązania buta. Nie zdążyła jeszcze dobrze wstać, kiedy Fenixa biegnąc jak zraniona łania, ciągnąc za sobą lekko już ożywioną koleżankę, dobiegły do WS. Po dotarciu tam Granger okazało się, że obydwie, dumnie i zaczepnie, usiadły przy stole Gryfonów. Zdegustowana, chcąc zapobiec zbliżając się tragedii, dobiegła do nich, usiadła i udawała, ze wszystko jest w jak najlepszym porządku.
-Mi się wydaje, czy cnotka Granger siedzi tam z moją pijaną panną, co?- przerażony Blaise zapytał przyjaciela.
- Bingo. - upił odrobinę dyniowego soku. 
- Ale ona nie powinna tam być... - po raz pierwszy od dawna Zabini poczuł się skonsternowany.
- Ależ jesteś spostrzegawczy. - skwitował Malfoy.
- Nie śmiej się, będę musiał ją zanieść. - westchnął zszokowany.
- Mogłeś się tego spodziewać, no sorry, stary. - wzruszył ramionami. - Na tym polega związek. - wlał sobie ziołowej herbaty licząc, że dzięki niej lepiej zaśnie.
- Oho, widze, że otwierasz rubrykę porad? - już nie patrzył na narzeczoną, tylko na kumpla. Czuł rosnąca irytację. - Moja narzeczona, moja sprawa. Idę uratować moją damę! - wypiął dumnie pierść.
- A nie strzelisz babskiego focha, że narobiła ci wstydu?- spytał, domyślając się odpowiedzi.
- Jasne, że nie. Robi więcej szumu wokół mnie, a to tym lepiej. - zaświergotał, zapominając o ruszeniu z pomocą.
- Stary, wszystkie inne byś zjechał i porzucił. A jej chcesz ruszać na pomoc. Zastanów się. Serio. Albo ci kompletnie padło na ten pusty czerep, albo się zakochałeś w naszej litewskiej furiatce. - upił łyk mdłej, ziołowej herbaty. -  Chociaż to pierwsze nie wyklucza tego drugiego po dłuższym zastanowieniu... - teatralnie mlasnął.
- Odłóż te ziółka lepiej bo ci szkodzą.- mruknął. To nie mogła być prawda. Nie mógł się zakochać w Fenixie, bo... no po prostu nie mógł. Do jasnej cholery, on się nazywał Blaise Zabini! Zakochanie! Też coś! Zakochać się mógł Puchon, Gryfon lub Krukon, ale nie on! Ślizgon mógł tylko ulec fascynacji. Tak fascynacja, to odpowiednie słowo. Poza tym, zakochanie nie pojawia się po tygodniu. Prawda...?
-Zabini! - nie dane mu było dalej tego roztrząsać.Do stołu Slytherinu podszedł Finningam z dłońmi w kieszeniach,
- Hermiona prosi, żebyś zabrał swoją narzeczoną z blatu. Bo tak jakby to powiedzieć... twoja laska i Greengrass zasnęły przy naszym stole. Weźmiesz Fenixę do dormitorium? - spytał trzymając dłonie w kieszeniach. Malfoyowi i Zabiniemu przypomniało się, że mieli interweniować. Spojrzeli jednocześnie w kierunku owej szopki i dostrzegli zawstydzoną Hermionę, która z całych sił próbowała podnieść Daf, tłumacząc się przy tym z występku Ślizgonek. Czarnoskóry wetschnął i skinął głową. Wstał od stołu i poszedł po narzeczoną. Wziął ją na ręce i mimowolnie uśmiechnął, gdy wtuliła się w jego pierś.
-Smoku, weź Daphne!- zawołał przez ramię.
-Daj mi zjeść! Przecież Greengrass nie lunatykuje, więc mi nie ucieknie! - przez salę przeszła owa odpowiedź.
Blaise parsknął śmiechem pod nosem i skierował się do lochów. Ciężkie perfumy jego narzeczonej skutecznie otępiały jego zmysły. Spokojnym krokiem wszedł do jej dormitorium i już kładł ją na łóżku, gdy usłyszał jej zaspany głos.
-Blaise...- Odwrócił się i spojrzał w jej ledwo otwarte oczy.
- Zasnęłaś w Wielkiej Sali.- zaczął tłumaczyć, ale mu przerwała.
- Śpij ze mną. - mruknęła i pociągnęła go za rękaw, tak że wylądował obok niej. Wtuliła się w niego, obejmując w pasie. - Nie chcę mieć koszmarów. - Westchnął, widząc, że po wypowiedzeniu tego zdania,  zasnęła. Nie chcąc jej budzić, nakrył ją kołdrą i zanurzył twarz w jej włosach. Już po chwili spał, zdając sobie sprawę, że przepadł. I że nie ma dla niego żadnego ratunku.

*Močiute- z litewskiego babunia
**Kitty- zdrobnienie od drugiego imienia Fenixy, Katarina

sobota, 19 września 2015

9. "Dwoje odwiecznych wrogów" – Ignis aurum probat

     Oto jesteśmy! Po dłuższej przerwie, ale jednak! I to z nowym rozdziałem! W tym tygodniu, do środy, ukaże się moja nowa miniaturka, będzie ona miała kilka części :). Na razie jednak macie rozdział pisany wspólnymi siłami! Niestety nie wiemy jak nam poszło, bo obydwie czujemy się dziś paskudnie. Ale włożyłyśmy w to całe serca. Może jest krótki, ale dziś nie stać nas na więcej a naprawdę nie chcemy, żebyście czekali w nieskończoność. Mile widziane komentarze :).
 -Czego chcesz?
-Przegięłam. Tam, wtedy. I nie zapomniałam o Malfoy Manor.
-Mam nadzieję.
-Możesz już przestać brudzić swoje powietrze oddechem szlamy.
-Jak sobie chcesz.- nagle w głowie zaświtał mu pewnie pomysł. Dopiecze bratu a do tego jeszcze Łasicy. Dwa w jednym? Czemu by nie? Męczenie się z nią jedno przedpołudnie jest tego warte.
-To pa, Malfoy.
-Chwila. Nie ma tak łatwo. Nabroiłaś. Nie wybaczam od tak.- zrobiła się blada i wystraszona.
-Więc czego chcesz?
-Chodź na spacer, Granger.
-Ale... co? Oszalałeś? Jesteś zdrowy? -
-Zdrowy, wypoczęty i wiecznie seksowny.
-To co tobą kieruje?- zignorowała ostatni zwrot.
-Chęć zemsty, Granger.- opadła jej szczęka. Zaczęła szybciej mrugać oczami, ale szybko zorientowała się,że musi wyglądać głupio i przestała.
-Co mam niby zrobić?
-Chodź ze mną na spacer. Tylko tyle. Nic więcej.
-Na kim to będzie zemsta?
-Domyśl się. Zbieraj graty i chodź. Szybciej.- schowała listy do małej, czarnej torebki przewieszonej przez ramię. Ruszyła za nim niechętnie.
-Nie będę cię wlókł jak torby. Idź obok.- westchnęła ciężko, zirytowana. Czy przez całe życie on musi wydawać jej polecenia?
-Ładna pogoda.-zaczęła.
-Tylko na tyle cię stać?-zakpił.
-Ok, nie to nie. Nic się nie zmieniasz.
-Zdziwiłabyś się. Skoro chcesz to inaczej : tak, ładna.- kolejne westchnienie. Zaczyna go nienawidzić jeszcze mocniej.
-Daj mi spokój.
-Nie chcesz widzieć, że jestem lepszy, co?
-Daj mi spokój. -Nie chcesz widzieć, że jestem lepszy, co?
-Słucham?
 -Gdybyś to zobaczyła i pamiętała o tym co było niedawno...-nie dokończył.
-Nie oceniaj. Nie wiesz jak to pamiętam.- przerwała.
-To może nie miałabyś powodu, żeby nienawidzić mnie bezgranicznie. I tu cię boli. Ty chcesz mnie nienawidzić. Tak ci wygodniej. A moja dobra strona ci w tym przeszkadza. Dlatego też odsuwasz od siebie świadomość, że nie jestem złym człowiekiem. Bo wtedy straciłabyś podświadomy dług wobec mnie. Nie mogłabyś nienawidzić mnie spokojnie, bez przeszkód. Zgodziłaś się na spacer, bo myślisz, że dług spłacony i możesz nienawidzić do granic. Jak Snape i ojciec Pottera.- zaniemówiła. Snape. Kiedy wymówił jego nazwisko oczy zalśniły jej  łzami. To takie cholernie przykre.
-Ja...- nie miała zielonego pojęcia co powiedzieć. Argumenty były poważne. Nie do przebicia. Spuściła głowę zawstydzona. Miał rację. Miał tą pieprzoną, cholerną rację.
-Przepraszam.- powiedziała szczerze.- Cholera, nigdy nie sądziłam, że będę cię kiedykolwiek przepraszać.-Po raz pierwszy od naprawdę dawna spojrzała na niego jak na człowieka. Takiego, który przeżywa, płacze, kogoś stracił, ma swoje problemy.
-Zapamiętam to i wspomnę sobie na łożu śmierci.- zaśmiał się mimo szklących się oczu.
-Jestem taka ważna, że będziesz mnie wspominać nawet tam?- zadrwiła.
-Takiej denerwującej wiedźmy jak ty się nie zapomina, Granger.
-Jaki kochany!- parsknęła.
-Uważaj, bo mój brat, będzie zazdrosny
-Uważaj, bo Astusia padnie na zawał.
-Ale jesteś zabawna.- parsknął tylko. Kawałek szli w ciszy.
-Malfoy.
-Tak?- patrzył gdzieś w dal.
-Powiedz mi coś.
-Oho, zaczyna się...
-Dlaczego nie chciałeś, żebym została wtedy przy Pansy?- puściła jego uwagę mimo uszu.
-A kto chciałby mnie zgwałcić, co? Na ciebie może jeszcze ktoś by się połasił, ale na mnie? Szczerze wątpię.
-Martwiłeś się o mnie wtedy?- poczuła się dziwnie.
-Naturalny odruch, chyba, nie?
-Dość mało mądra odzywka jak na ciebie, Malfoy.
-Teraz moje pytanie, pyskata Granger.
-Dawaj.- machnęła na to ręką. Niech ma.
-Czemu nie wyszedł ci patronus kiedy biegłaś po pomoc?- zmroziło ją.
-Nie wiem... To może stres... Nerwy... Ja... Naprawdę nie wiem.
-Rozumiem.- kiwnął głową ze złośliwym uśmieszkiem, ale po jego oczach było widać, że mocno się nad czymś zastanawia.
-A tobie? Przecież Lawson mówiła, że nie dostała żadnego znaku o naszym pobycie w skrzydle szpitalnym.- wykorzystała chwilę nieuwagi wroga.
-Dostała.-sprostował wymijająco.
-Ale nie od nas!-uzupełniła.
-Te same przyczyny jak i u ciebie, Granger.
-A co cię tak zestresowało?
-Zgadnij.-rzucił z przekąsem.
-Dziwnie się czuję z tobą na spacerze.- no właśnie. Nie stresowała się tak jak przy Ashu. Nie czuła wyrzutów sumienia. Nawet miała wrażenie, że jest jej... swobodnie.
-Nie musisz mi tego mówić.- zawahał się przez chwilę, ale w końcu zdobył się na odwagę.- Dlaczego znowu dzisiaj nic nie jadłaś?
-Obserwujesz mnie?- pytanie za pytanie.
-Nie będę cię znowu ratować kiedy zemdlejesz.
-Przestać udawać Supermana.
-Nie udaję. Tak już mam.- puścił jej oczko. To już przekraczało wszelkie granice...
-Przegrałeś zakład i stawką był spacer ze mną?
-Wygrałaś głupotę na loterii?
-Mam ochotę cię znienawidzić.
-A to już się nie stało?-roześmiał się. Parsknęła udając, że jej to nie bawi.- Spaceruję sobie spokojnie z moim wrogiem!
-A ja niby z przyjaciółką?
-To już nawet nie jest kłótnia. Zwykła intelektualna przepychanka.
-Pewnie nie masz takich ze swoim chłopakiem zbyt często.
-Wypchaj się.
-Powalają mnie twoje riposty. Zaniżasz mój poziom, Granger.- wyszczerzył się.
-Daj sobie spokój.
-Zjesz coś dzisiaj?
-Może.- pokazała mu język.
-Jak dziecko!- wniósł ręce do nieba i pokręcił głową. Zapomnieli o wszystkich stratach, problemach, smutkach, rozterkach. Tak jakby znali się od zawsze. Jakby byli przyjaciółmi. Zdali sobie sprawę, że nie jest to między nami normalne.
-Dobra, pora zawracać.- faktycznie, mocno oddalili się od miejsca skąd zaczął się ich spacer.
-Jak chcesz.- wzruszył ramionami.
-Co jeśli ktoś cię zobaczy ze szlamą?
-Jeśli sama siebie tak nazywasz to dlaczego inni mają cię szanować?- po raz kolejny ją wmurowało.
-Nie nazywam się tak. Ale ty mnie tak nazywałeś przez kilka lat, nie pamiętasz?
-Zmieniłem się.
-Jasne, twój brat też.
-Dobrze, że wyczułem ironię. On nie. Ale ja tak. Nie jesteśmy jedną osobą.
-Bajerujecie mnie na zmianę.
-Nie bajeruję. Dużo przeszliśmy. I osobno i przez koleje życia- razem. Tak już jest. Nie muszę cię lubić. Toleruję cię i szanuję to co zrobiłaś.
-Wzajemnie.
-Zapiszę to sobie w pamiętniku.-kolejne oczko.
-Masz tik nerwowy.
-Jeszcze raz pokażesz mi ten język a napiszę do twojego chłopaka, że może być zazdrosny.
-O ciebie? Nigdy!
-A o Ashtona?- spoważniał.
-Czy ja cię pytam o tym co robisz ze swoją dziewczyną?
-Czy mój brat już jest twoim chłopakiem?
-Nie.
-Więc właśnie, Granger.
-To moja sprawa.
-Ostatnio kiedy nie mieliśmy zamiaru się otwierać przed sobą to znaleźliśmy ofiarę gwałtu. Chcesz coś dodać?
-Nie jesteś zabawny. A mnie z Ashem nic nie łączy.
-Widzę, że się polubiliście.- nawet nie zauważyli a już stali pod drzwiami do zamku.- To co, Granger? Spadamy każde do siebie?
-Tak będzie najlepiej.
-Przez szacunek.-wysunął ku niej rękę.
-I tylko dlatego.- podała mu swoją a on ścisnął ją mocno. Popatrzyła mu wściekle prosto w oczy. Po chwili puścił.- Pa, dupku.
-Pa, zarozumialcu.
  Wracała do siebie. Musi odpisać na listy, które dziś dostała i skończyć wszystkie lekcje.
-Herm!- obróciła się. Ruda postać patrzyła na nią ze smutkiem.- Nie gniewaj się. Przegięłam, wiem, przepraszam.
-Ok.- odpowiedziała tylko.
-Gniewasz się?
-Nie, ale jestem teraz zajęta. Wybacz. Mam plany.- odwróciła się na pięcie i poszła. Nie pozwoli sobie na wyżywanie się na niej. Jedno ''przepraszam'' nie wystarczy. Całe popołudnie spędziła na zaplanowanych wcześniej zajęciach. Ruszyła dopiero na kolację. Minęła Dracona obejmującego ''Astusię'' ubraną w czarną, koronkową sukienkę.
-Hej.-mruknął kiwając głową.
-Cześć.-odpowiedziała. Każde z nich poszło w stronę własnego stołu. Malfoy nie wyglądał na zadowolonego. Ledwo wyszedł z dormitorium po popołudniu pełnym nauki a tu już ta idiotka się go uczepiła zadając tysiące pytań i nie czekając na odpowiedzi opowiedziała mu co niej. Westchnął. Granger przynajmniej je kolacje. Choć tyle.
 Dzień zapowiadał się normalnie. Hermiona wstała około 7, zajęła łazienkę jako pierwsza po czym poszła na śniadanie. Gryfoni patrzeli na nią jak zwykle- czyli z uprzejmym zainteresowaniem. Usiadła na końcu stołu, czując się co najmniej dziwnie. Wczorajszy spacer z Malfoy'em rozstroił ją zupełnie nie miała pojęcia, jak na to patrzeć, z której strony się za to zabrać i jak rozumieć to wszystko. Są pogodzeni? Nie są wrogami?
-Granger.- uniosła głowę znad jajecznicy, a do jej uszu dotarły ze zdwojoną siłą szepty, wypełniające WS. Nad nią stał nikt inny niż Blaise Zabini z zawadiackim uśmiechem na ustach i charakterystycznym dla niego błyskiem w oku.
-Zabini? Co ty tu robisz?- zdziwiła się. Chłopak jak gdyby nigdy nic usiadł obok niej i nałożył sobie na talerz jedzenie.
-Postanowiłem zjeść śniadanie w twoim czarującym towarzystwie z dala od "Terrorystycznego Duetu", jaki tworzą moja narzeczona i mój najlepszy przyjaciel.- wyjaśnił. Uniosła jedną brew, ale nie mogła pohamować uśmiechu, który cisnął się jej na usta.
-Wiesz, że Fenixa by cię zabiła, gdyby się dowiedziała o tym "Terrorystycznym Duecie".- oznajmiła.
Chłopak rozejrzał się na boki teatralnie i odetchnął z ulgą.
-Jak na razie, dzięki Salazarowi, jej tu nie ma. Ale masz rację zabiłaby mnie bez ostrzeżenia.
-Po prostu Fenixa Romanow.- skwitowała, po czym spojrzała na chłopaka przenikliwie.- Co cię do mnie sprowadza?
-Czy ja coś muszę od razu chcieć?- obruszył się. Dziewczyna spojrzała na niego jak na idiotę.
-Nie każ mi odpowiadać.- poprosiła.
-Eh, no dobra. Co wiesz o Ivanie Romanowie?
Hermiona zbladła jakby ktoś jej powiedział, że Voldemort tak naprawdę żyje, ma się dobrze i planuje następną zagładę świata.
-Nic. Nie wiem nawet kto to.-skłamała.
-Granger nie zapominaj, że jestem Ślizgonem. Wychowanków Salazara nie okłamiesz.- skarcił ją delikatnie. Hermiona była bliska paniki. Nie miała zielonego pojęcia ile wiedział. A zwłaszcza, czy on cokolwiek wiedział.
-Pytanie lepiej będzie brzmiało, jeśli ty mi powiesz, ile wiesz.
Chłopak zmarszczył brwi.
-Wiem, że byli sobie bliżsi niż z resztą rodzeństwa i że Ivan uratował ją od Avady. Nic więcej.
Czyli tak naprawdę nie wiedział nic. Hermiona westchnęła i wstała od stołu.
-Dam ci wskazówkę Blaise. Nie wierz Fenixie, gdy mówi, że Sergiej jest dobrym bratem. Pamiętaj też, że ta dziewczyna zawsze pokazuje ci to co chce, byś zobaczył. Prawdopodobieństwo, że kiedykolwiek się przed tobą otworzy jest tak minimalne, jak to, że Ron i Malfoy zapałają do siebie wielką miłością. Ta dziewczyna jest zagubiona. Zgubiła się podczas wojny i przez śmierć Ivana, nadal nie może się odnaleźć.
-Dzięki, Granger!- wstał od stołu i pobiegł gdzieś zostawiając ją kompletnie zdezorientowaną

piątek, 28 sierpnia 2015

8. "Przeprosiny" – Ignis aurum probat

     Witajcie :)! Tu wściekła Eleonora. Wściekła, ponieważ miałam gotowe pół pięknej miniaturki, ale jakoś mi ją skasowało. Do tego miałam utrudniony dostęp do laptopa i nie było mnie tu dość długo. Obiecuję nadrobić zaległości, choćby w dzisiejszym rozdziale. Pytanie do Was : chcecie, żebym jeszcze raz napisała tą miniaturkę czy wolicie same rozdziały?
Dzisiaj będzie nie tylko dłuższa rozmowa z Ashem, ale również, po kilku rozdziałach, trochę jego perpsektywy , więc nie przedłużam! Miłej lektury :).
     Biegła korytarzami, sama nie wiedząc dokąd. Nie czuła, żeby przegięła. Mogła wyrazić to, co myślała i zrobiła to. Nie była z siebie dumna, fakt, ale teraz myślała tylko o tym, że oszaleje jeśli znowu zostanie sama ze sobą, z wyrzutami, wspomnieniami. Nawet nie zauważyła jak i w którym momencie wpadła na Asha.
- Oh, przepraszam. - powiedziała i podniosła oczy kiedy podawał jej dłoń. Z jego pomocą podniosła się z podłogi. 
- Nie ma za co, moja wina. A gdzie to ci się tak śpieszy? - uśmiechnął się przyjaźnie. Nagle w jej głowie zaświtała myśl wyrażona chwilę wcześniej przy Fen. Nikt nie będzie jej mówił co ma robić i jak żyć. Nie chce rad i wykutych na pamięć formułek. Ma prawo sama za siebie decydować i, chociaż wcale nie podoba jej się ten Ashton , ba, ani trochę go nie lubi to skoro on tyle razy pokazywał jej chęć bliższego poznania się to w końcu ma prawo zmięknąć i się zgodzić. Pokaże im wszystkim, że sama wie najlepiej co dla niej dobre!
- Szukałam cię. - rzuciła nieszczerze uśmiechnięta Gryfonka.
- Doprawdy? A to dlaczego? - błysk w oku. Poczuł satysfakcję. Udało mu się! Udało. Odniósł wrażenie, że dziewczyna powoli mu ulegała.
- Chciałam się przejść. I skorzystać z propozycji rozmowy. - udawała szczerość swoich zamiarów.
- Tak? To świetnie, zapraszam na spacer. Błonia? - zaproponował.
- Chętnie. - poszli. Czuła się tak jakby oszukiwała samą siebie. Przecież go nawet nie lubiła! Czemu dobrowolnie skazywała się na jego towarzystwo? Zwykła przekora skłaniała ją do siedzenia z nim? Chyba oszalała! Odezwał się dopiero kiedy opuścili zamek.
- Jak się czujesz? - chyba chciał mieć troskliwy ton, ale jej zdaniem nie wyszło. 
- Słucham? W jakim kontekście? - uniosła brew.
- Ostatnich wydarzeń. - smutno kiwnął głową.
- Nie wiem... Chyba lepiej. - była zła, że zawsze to on zadawał pytania. - Przynajmniej staram się czuć lepiej. Unikam pytań, skupiam się na nauce. - uśmiechnęła się blado, mimo że trochę ją przerażał.
- Bardzo mądrze. W razie czego zawsze chętnie pomogę ci w nauce. - ta jego chęć pomocy powodowała u niej ciarki na plecach.
- Dziękuję, ale chyba poradzę sobie sama. Właściwie... - zawahała się. - Dlaczego mówi mi pan po imieniu? - w głowie przyznała sobie punkt.
- Wybacz jeśli ci to przeszkadza, kiedy kogoś lubię skracam dystans między nami i nawet tego nie zauważam.-  puścił jej oczko. Brawo, Ash! Przybił sobie piątkę w myślach. Ładnie powiedziane!
- Oh... - zarumieniła się. Poczuła się jeszcze bardziej niezręcznie niż wcześniej.
- Coś nie tak? Wybacz, bywam zbyt bezpośredni. Kiedy nie jesteśmy w klasie nie mów do mnie jak do nauczyciela. - miał miękki głos. Nagle niespodziewanie podał jej dłoń. - Jestem Ashton.
- A ja Hermiona. - z trudem, ale jakoś zmusiła się by odwzajemnić gest.
     Tę wymianę uprzejmości Draco ujrzał z okien zamku. Głupia, uparta Granger... pomyślał, ale nie reagował. Wiedział, że zrobił źle. Wiedział ile ludzi zginęło, ale przecież on sam nie zabił ani jednego z nich! Ta idiotka mogła mu zarzucać, że się nad nią znęcał w szkole, ale nie to, że kogoś osobiście skrzywdził podczas wojny. Czyżby zapomniała już co się działo w jego dworze? Granger, Granger... Pokręcił głową z dezaprobatą. Po scence, którą dziś urządziła po prostu wszedł do sali, przywitał się z Fenixą, dał Pansy pudełko czekoladowych żab jako miłą niespodziankę po pobudce i odszedł. Nie ma sił ani chęci. Na nic. Zrezygnowany z coraz cięższą depresją poszedł do biblioteki odrobić lekcje. A podobno Hermiona to prawdziwy geniusz...
     Popołudnie spędzili razem. Było miło. Rozmawiali o jedzeniu, muzyce, miotłach, podróżach. Nie wtrącali do tematów wzmianek o niedawnej wojnie. Nie chcieli. Hermiona odnosiła wrażenie, że on w jej towarzystwie czuje się lepiej niż ona w jego. Cały czas trzymała niepotrzebnie skracany przez towarzysza dystans. Nie była to wymarzone randka, w sumie nie była to żadna randka ani nawet romantyczne spotkanie. Momentami czuła się żenująco, spoufalając się z nauczycielem. To było coś zupełnie innego niż kontakty z Lupinem. To był ich przyjaciel. Łzy pojawiły się w jej oczach. Lupin, Tonks... Oni wszyscy. Nie. Stop. Tak się nie bawimy. Nie przy nim. On... No właśnie. Za mocno skracał kontakt, za szybko. Nie był miły, nie chciał być przyjacielem a zdobywcą. Nie odczuwała komfortu przebywania z przyjacielem tylko stres bycia z oswajanym dzikim zwierzęciem. Tak jakby wyprowadzała na spacer lwa. Tylko ten lew podejrzanie mocno chciał zostać oswojonym. W pewnym momencie ku jej radości zaczęło się ściemniać. Miała powrót, żeby wracać!
- Wróćmy do zamku. - poprosiła. On sam w sobie nie dawał jej bezpieczeństwa. A co dopiero chodzenie z nim po ciemny lasie.
- Odprowadzę cię. - wyszczerzył się a panna Granger poczuła niemiłe ciarki na plecach. Próbował lekko objąć ją ramieniem, ale schyliła się poprawić podkolanówkę, więc zrezygnował z tego pomysłu. Po drodze przepraszał, że zajął jej tak dużo czasu i pytał czy na pewno nie potrzebuje pomocy w nadrabianiu. Zapewniła go, że świetnie poradzi sobie sama. Przed zamkowymi drzwiami pożegnali się.
- Było miło. Powtórzymy to kiedyś? - rekini uśmiech w świetle świec przerażał jeszcze bardziej.
- Możemy. - zmusiła się do podania mu ręki ,ale zrobiła to tylko dlatego, żeby nie próbował jej uściskać. Ominęła kolację, żeby nadrobić wszystkie zaniedbane lekcje.
     Ashton był rozczarowany i wściekły. Głupia dziewucha w ogóle nie wydawała się być pod jego urokiem. Głupia, mała suka. Gdyby tylko mógł ją zaczarować... Ale nie mógł. Niestety. Jedno małe zaklęcie sprawdzające i ktoś, by zauważył, że to on rzucił urok i nici z powrotu na salony. Szlama. Wstrętna, brudna szlama. Nawet nie zdawała sobie sprawy ile go kosztowało udawanie uczuć do niej. Ohyda. Cofało go na samą myśl, że jej dotykał, podał jej rękę. Malfoy również ominął kolację. Chciał się umyć i zapomnieć o tym, że miał kontakt z czymś tak ohydnym.
     Draco wyszedł z biblioteki dopiero wieczorem. Miał ochotę nie jeść i nie pić, schować się w pokoju pod kołdrą i spać albo płakać. Denerwowali go inni. A w szczególności to, że przejęły go słowa jakiejś idiotki. Przecież jak można przejmować się kimś kto jest na tyle głupi, żeby podstawić się jego bratu jak prosie na złotej tacy?! Chciał ją ostrzec i jej pomóc to nie, świetnie. Pięknie. Niech sobie radzi sama. On już jej nie pomoże. A po tym co powiedziała nawet, gdyby prosiła to stracił całą ochotę na pomaganie. Jak mogła pomyśleć takie wstrętne rzeczy? Dlaczego je powiedziała? Dlaczego go to boli? Kretyn. Skończony kretyn. Kręcił głową nad swoją głupotą. Na jego nieszczęście po drodze do lochów mijał WS i trafił na Blaisa wracającego od Fenixy, a co za tym idzie, skoro spędził tam zapewne całe popołudnie, był głodny jak wilk.
- Stary, nie zauważyłeś złotych wrót? - zagaił.
- Słucham? - najmłodszy Malfoy uniósł brew.
- No kolacja, halo? Odchudzasz się, żeby być pięknym dla Granger? - zakpił.
- Co? - krzyknął oburzony.
- Lepiej coś zjedz, bo z głodu tracisz słuch. - uśmiechał się. - Fen mi powiedziała, że dzisiaj się wypaplałeś o waszych, w sensie twoich i Granger, dwóch rozmowach. Nie rozpędzaj się tak, stary! Astusia będzie zazdrosna. - zacmokał. Malfoyowi przypomniało się, że faktycznie, kiedy wszedł do szpitalnej sali chlapnął pomiędzy Cześć a Pa, coś w stylu I to po tym jak dwa razy z nią gadałem, tak o mnie myśli!. Zawstydziło go, po pierwsze, że mu się to wyrwało, po drugie, że Fen słyszała i przekazała Zabiniemu, a po trzecie, że w ogóle mógł się tym przejąć!
- Nie mam zamiaru rozmawiać z Granger. Nie mamy o czym. To były dwie nic nie znaczące gatki-szmatki. - uściścił.
- Tak, słyszałem o tym jak cię dziś zjechała. - dodał przyjaciel blondyna.
- Czy ty z tą kobietą nie robisz nic tylko plotkujesz? - zirytował się.
- To ona nie chce robić ze mną nic więcej! - zaśmiał się wskazują głową drzwi. - Właź, zjesz coś i dopiero pozwolę ci się zamknąć w swojej pieczarze i beczeć. - brunet w ten specyficzny sposób okazywał troskę.
- Dzięki, że jesteś taki miły i pocieszny. - prychnął Draco.
- Do usług. - wbrew woli przyjaciela, Blaise wepchnął go do Wielkiej Sali, po czym zaprowadził do stołu. Opadli zmęczeni ostatnimi wydarzeniami. Zabini pochłaniał wszystko co wpadło mu w ręce, ale Dracon ledwo grzebał widelcem w talerzu a do jego ust docierały ledwo niewielkie kęsy.
- Uczyłeś się coś dzisiaj? - Malfoy zapytał kumpla. O nie, zamieniam się w Granger, co to się dzieje... Muszę się opanować.
- Tak, potem byłem u Fen. - odpowiedział pomiędzy zupą dyniową, a puddingiem ryżowym.
- Troskliwy się robisz. - zakpił blondyn, zgniatając widelcem ziemniaki na swoim talerzu.
- Nie wychodzą ci już żarciki. Masz jakieś plany na wieczór? Jest piątek, balanga! - był wyjątkowo radosny.
- Balanga? Już piątek? - a on jak ostatni kretyn spędził całe popołudnie na nauce i nadrabianiu!
- Idę do Teo. Wpadniesz? - zapytał.
- Wolę pobyć sam. - rzucił zrezygnowany.
- Tak, zaszyj się w swojej pieczarze, brawo! - klasnął w dłonie, jak wcześniej Fenixa. - Otwórz się na ludzi. - zachęcił.
- A ty się zamknij. Na mnie. Dobranoc. - wstał kierując się ku wyjściu.
- Kompletnie nie znasz się na żartach...-mruknął tylko czarnoskóry.
     Gryfonka wróciła do dormitorium i od razu zabrała się do pracy. Na jednej z przerw podczas lekcji zaopatrzyła się we wszystkie potrzebne książki. Usiadła przy swoim biurku starając się nie myśleć. O Ronie, który kompletnie nie akceptował jej chęci dalszej nauki, o Harrym, który po ludzku się nie odzywał, tak jakby zapomniał ich wszystkie wspólne przygody, o Fenixie, z którą się pokłóciła, o Ashu, z którym było coś nie tak, o tych wszystkich wydarzeniach i ich konsekwencjach, o Pansy, która nadal spała... A najmniej chciała myśleć o Draco. O tym jak go zraniła i o tym co stało się w Malfoy Manor a co tak bardzo chciała usunąć z pamięci. Zajęła się referatem z eliksirów, potem, kiedy go skończyła rozpracowała jeszcze wszystkie zadane runy. Zaczęła przepisywać notatki z transmutacji z myślą o tym, że musi zrobić tak ze wszystkimi notatkami i dobrze, że Nevill zrobił jej zdjęcia swoich magicznym aparatem od Luny. Wtedy do pokoju weszła Ginny. Zmieniła się, zrobiła się trochę bardziej pewna siebie i mniej pyskata. Niestety, poziom pretensjonalności znacznie urósł.
- Hej. Masz może zamiar mi coś powiedzieć? - jak zwykle bezpośrednio. Szatynka oderwała wzrok od pracy.
- Nie, a ty mi? Coś się stało? - zmartwiła się.
- Stało się?! A się NIE stało?! Unikasz mnie kilka dni a masz jakiś pseudo romans z nauczycielem i byłaś świadkiem gwałtu! - wykrzyknęła wznosząc ręce nad głowę.
- Co?! - aż wstała. - Byłam z Malfoyem jedynie na spacerze, bo martwił się o moje zdrowie! A to co przeżyłam było traumatyczne! Nie byłam świadkiem, gówno wiesz! Nie mogę o tym opowiadać i nawet nie chcę! Przecież wszystko już wiecie najlepiej! Zostaw mnie w spokoju! - Ginewrę wmurowało. Jej przyjaciółka fuknęła jeszcze gniewnie i spokojnie wróciła do przepisywania.
- A od kiedy zadajesz się z Malfoyami? Mój brat wie? - o wiele mniej agresywniej, o wiele bardziej urażona.
- Dowie się. Ale mam prawo mieć przyjaciół zwłaszcza jeśli ktoś, kogo za niego uważałam nagle mnie zawodzi. - znaczący ton połączony z krótkim spojrzeniem. Ginny obraziła się i wyszła. Szatynka wzruszyła ramionami. Jeśli zajmie się pracą to uda jej się nie myśleć o tym wszystkim co tak ją przygnębia. Dopiero około północy dumna z siebie skończyła przepisywać wszystko. Posprzątała biurko, wzięła prysznic, umyła zęby oraz włosy, mundurek dała do prania świetnym zaklęciem a sama weszła głęboko pod kołdrę. Ruda jeszcze nie wróciła. No trudno, może siedzieć gdzie chce. Zanim zdążyła sobie pomyśleć o tym jak bardzo nienawidzi swojego życia, zasnęła.
      Blondyn obudził się dopiero o dziewiątej. Ucieszył się, że w końcu była sobota, wolne, brak konieczności wychodzenia z pokoju. Nauczył się już wszystkiego i przepisał notatki. Zostały mu tylko prace domowe... Ale nie dziś. Męczący, cholerny tydzień. Postanowił pójść na spacer, dać jakoś radę. Musiał sobie pomóc. Musiał, bo czuł, że jeżeli tego nie zrobi to w końcu się wykończy. Musiał, bo każdego dnia miał ochotę umrzeć. Musiał, bo martwił się i o innych i o siebie. Tracił radość życia, chęć do rozmów, apetyt... Wszystko. Niechętnie zwlókł się z łóżka i poszedł się umyć. Czyściutki oraz ubrany w szarą koszulkę i ciemne jeansy spokojnie zszedł do WS. Pijany przyjaciel nadal spał, choć może to lepiej? W ten sposób o wiele łatwiej uniknąć rozmowy. W Sali było już sporo uczniów. W tym Granger. Poczuł się zły. Niemal wściekły. Zapomniała o tym co stało się w jego dworze? Mdlała? Latała sobie z jego bratem? Super. Ale nie miała prawa mówić o nim tak złych rzeczy! Jeszcze zobaczy! Jego załamanie, bezsilność, smutek nagle zamieniły się w gniew. W taki gniew, który musiał znaleźć ujście. Granger wydawała mu się taka uśmiechnięta, radosna, znowu siedziała z tym nowo odkrytym bohaterem : Nevillem. Zagotowało się w nim jeszcze bardziej. Nawet nie wiedział, że ona tylko udaje, zajmuje się rozmową z kimś, by nie myśleć, by choć trochę mniej nienawidzić siebie. Jej rozpuszczone włosy opadały na ramiona, miała jeansową kurtkę, białą koszulkę i czarne spodnie. Wyglądała tak... przeciętnie, zwykle, na zmęczoną. Zupełny kontrast wypindrzonej Ast, która pewnie jeszcze spała. Ast? Co za ohydne określenie, niebywałe, że to on to wymyślił! Hermiona w końcu wstała. Ukłuło go, że przejął się jej kolejnym posiłkiem przesiadzanym bez jedzenia. Po co o tym myśli? Niech sobie mdleje. Również wstał. Ruszył za nią. Znowu szła na randkę z jego bratem? Otrzymali polecenie, żeby nie iść w ten weekend do Hogsmead. Dziennikarze, mieszkańcy, turyści, większość chciałaby coś od nich wyciągnąć. Nie potrzebowali tego. Nawet im należał się spokój. Dokąd, więc szła? Gdzie jest Ashton? Wyszła z zamku sama. Jego brat nadal się nie pojawił. Draco szedł za nią. Usiadła przy jakimś drzewie i zaczęła oglądać koperty listów, które dziś dostała. Samotny dzień. Świetnie, nikt mu nie przeszkodzi. Podszedł do niej.
- Musimy pogadać, Granger. - zaczął.
- Malfoy, ja... - podniosła wzrok.
- Zamknij się teraz. Nikogo nie zabiłem. Nie torturowałem. Mam matkę z depresją i ojca w Azkabanie. Ryzykowałem życie. Przeszedłem na waszą stronę. Walczyłem dla was. Po co? Żebyś mnie osądzała? Nie znasz mnie. Tobie się tylko wydaje, że jest inaczej. Nic o mnie nie wiesz. Nie masz prawa mnie oceniać. Zamknij się, bo nie znasz mojej historii. Zapomniałaś już o Malfoy Manor? Świetnie, ale ja nie. Nadal pamiętam i choćby przez wzgląd na to lepiej, żebyś była miła. Bo ratowałem ci dupę! - wyrzucił z siebie cały żal i złość. Została tylko pustka i smutek. Westchnął.
- Malfoy, przepraszam... Ja... - zaczęła się jąkać.
- Nieważne. Miłej lektury. - głową wskazał na listy. Odszedł.
- Poczekaj! - krzyknęła.
     Jak Wam się podoba? Zapraszam do komentowania! Miłego dnia :*.
Pozdrawiam, Eleonora.

środa, 12 sierpnia 2015

7. "Romanow- zawsze pyskata skarbnica... wszystkiego?" – Ignis aurum probat

     To jeden z tych rozdziałów, gdzie bliżej poznajemy opis uczuć nie Draco czy Hermiony, a... Blaisa! Mam nadzieję, że się Wam spodoba :)!
Miłej lektury.

     Siedział przy niej całą noc. Nie wiedział czemu, ale nie mógł od niej odejść. Miał niejasne przeczucie, że może go potrzebować. Rozsądek jednak podpowiadał mu, że Fenixa nie potrzebuje nikogo. Była niezwykle silną psychicznie dziewczyną, jedną z silniejszych jakie kiedykolwiek miał zaszczyt spotkać. Mimo to, gdy podtrzymywał ją w gabinecie McGonall, wydawała mu się krucha jak porcelanowa laleczka. Miał ochotę zamknąć ją w swoim uścisku i chronić przed każdym złem tego pieprzonego świata. A teraz, siedział przy niej niewyspany i obolały. Przy całkiem obcej dziewczynie, która miała zostać za kilka lat jego żoną. Powinien mieć na nią wywalone. Leżeć na łóżku i odpoczywać lub flirtować z jakąś dobrą laską. A nie cierpieć i poświęcać się, żeby w razie czego, nie wiadomo nawet czego, jej pomóc. Nie wiedział dlaczego i po co to robi. Zawsze unikał szpitali czy klinik, tym bardziej nie chciał tu być, skoro Pansy leżała na końcu sali. Tym razem razem jednak nie czuł się niezręcznie, a raczej na swoim miejscu. Parawan odgradzający Parkinson od reszty był jak biały żagiel daleko na horyzoncie. Liczyło się to czy Fen nie będzie go potrzebować. Znużony przymknął powieki.
- Blaise? - natychmiast otworzył oczy, słysząc cichy, obolały głos. Miała na wpół otwarte oczy, ale jej skóra w dalszym ciągu przypominała czoła porcelanowych laleczek.
- W końcu się obudziłaś, śpiąca królewno? - uśmiechnął się krzywo i przesiadł się z krzesła na łóżko.
- Długo spałam? - spytała.
- Byłaś nieprzytomna całe wczorajsze popołudnie i noc, księżniczko. - delikatnie wysunął dłoń, ale szybko się zreflektował, że sam nie wie po co, więc ją cofnął.
- O nie, dużo mnie ominęło? - rozmasowała zamknięte powieki kostkami dłoni.
- Oprócz histerii twojej  matki i przysporzenia Granger, Smokowi, McDawnoNiePrzelecianej i całej starszyźnie, kłopotów, to nic ciekawego. - tym razem jego uśmiech był bardziej pocieszający.
- McDawnoNiePrzeleciana? Serio? - zachichotała słabo.
- Zazdrościsz mi, bo ja to wymyśliłem, a nie ty. - powiedział.
- Wmawiaj sobie, wmawiaj, może ktoś w to uwierzy. - zlustrowała uważnie jego zmęczoną twarz. Zmarszczyła brwi. - Ile tu siedziałeś?
- Tak, jakby... całą noc. - odparł lekko... zawstydzony?
- Powinieneś odpoczywać! A nie, że bezsensownie siedzisz przy mnie! Byłam nieprzytomna, halo, nie ciężko chora, to niedorzeczne! - Blaise pokazał jej język. Zrozumiała, że nie porozmawiają poważnie na ten temat. - Mówiłeś coś o histerii mojej matki? - spytała nagle.
- Tak, prawie poszła w twoje ślady. - przytaknął.
- Zawsze była dobrą aktorką. - prychnęła z pogardą, przesuwając się na skraj łóżka, tak aby chłopak miał więcej miejsca. Zabini w tym samym czasie nakrył ją kołdrą, aż po ucho. Zdziwiła go czułość z jaką wykonywał tę czynność. Nigdy nie był taki w stosunku do innych dziewczyn.
- Czemu tak sądzisz? Zdawała się być naprawdę przejęta. - nie chciał, żeby skomentowała jego troskę.
- Daj spokój, Blaise. Ona mnie nie kocha, bo się wybiłam po za ramy naszej "cudownej" rodzinki. - palcami wykonała cudzysłów w powietrzu, tym samym uwalniając ręce spod pościeli.
- Co masz na myśli? - zainteresował się. Dziewczyna westchnęła ciężko.
- W mojej rodzinie każda osoba ma określone "miejsce". Mój brat Sergiej jest tym trzymającym się kurczowo zasad, Leon sportowcem. Ja natomiast miałam być grzeczną panienką zaopatrzoną w książki. - gniew ustępował miejsca na smutek.
- A Arina? - wtrącił zaciekawiony.
- Arina miała być Alchemiczką Rodziny. Pamiętam minę taty, jak się okazało, że Ar nie jest w stanie opanować podstaw alchemii. Miałam pięć lat, gdy to wyszło. Siedziałam na ławce w ogrodzie, gdy ich zobaczyłam. Tata denerwował się na nią, że nie potrafi wykonać tak prostego zadania i odszedł na chwilę. Podeszłam do Ariny i pokazałam jej jak to ma zrobić. Potem przyszedł tata. Zapytał, kto to zrobił. Rina, krzyknęła, że ja. Chciała na mnie naskarżyć, żebym dostała szlaban. Wtedy ojciec zażąda, bym to powtórzyła. Był strasznie niezadowolony, że to nie Arina ma ten "talent". Zaczęto mnie trenować. Moje rodzeństwo mi strasznie dokuczało. Zwłaszcza Arina i Leon. Bronił mnie tylko Ivan. On również się wyłamał poza określone przez naszych rodziców ramy. Miał być artystą, ale on stał się dowcipnisiem i casanovą. Kochał mnie najbardziej w świecie, tak jak ja jego. - zamilkła, a Blaise jakby odruchowo uścisnął jej dłoń.
- Czekaj, czemu o Ivanie, mówisz w czasie przyszłym? - zapytał zdziwiony. Fenixa zamknęła oczy.
- Gdy uciekaliśmy z... domu Voldemorta... gonili nas Śmierciożercy... Chcieli nas zabić... Jeden wycelował we mnie i rzucił Avadę...  A Ivan mnie odepchnął...- głos jej się załamał, a po policzkach zaczęły spływać strumienie łez. Chłopak starł je kciukiem i niewiele myśląc przyciągnął ją do siebie. Fenixa wtuliła się w jego pierś, szlochając. Było widać, że żałobę nosiła tylko w sercu i, że nigdy nie wypłakiwała sobie oczu. Dusiła w sobie wszelkie uczucia. Pogłaskał ją po głowie i pocałował delikatnie w policzek.
- Nie płacz, księżniczko. Wiem, że to boli, ale musisz być silna. - czuł się nagle silny jak nigdy dotąd. Wynikało to z tego, że musiał udźwignąć cały ciężar rozpaczy Fen.
- Ale... Ja już, nie mam siły... - wyszlochała. Płakała przez 15 minut, aż zabrakło jej łez. Po prostu leżała, przytulona do narzeczonego i starała się nie przypominać wyrazu twarzy Iva, gdy trafił go zielony promień zaklęcia. Cała braterska miłość jaką ją darzył widniała w jego oczach w kolorze syropu klonowego. Nigdy nie zapomniała tego widoku, była również pewna, że nie zapomni, że będzie on ją prześladował do końca życia. - Przepraszam. - powiedziała nagle, oduswając się od Blaisa i widząc stan koszuli chłopaka. Z jej oczu mógł czytać jak z otwartej, doskonale mu znanej księgi. Widniało w nich poczucie winy. Ale nie za koszulę. Obwiniała się o śmierć Ivana.
- Głupia jesteś, że przepraszasz i że winisz samą siebie o śmierć Ivana. - zrobiła wielkie oczy.
- Skąd... - chłopak zaśmiał się lekko.
- Mogę w twoich oczach czytać jak w otwartej księdze. Swoją drogą, masz niezwykle piękne oczy.
- Za jakie grzechy? - jęknęła.
- Nie będę ci wymieniać, bo może to potrwać kilka miesięcy. - odparł. Fenixa zachichotała.
- Czasem potrafisz być zabawny. - doceniała w nim to, że nawet najcięższe tematy po chwili stawały się lżejsze, bo on je takimi czynił w swój naturalny, niewymuszony sposób.
-Wiem. - jego uśmiechy sprawiały, że robiło jej się przyjemnie ciepło. Zastanowił się nagle, między nimi zapadła cisza. - Fenixa, a mogłabyś mnie uczyć alchemii? - powiedział trochę niepewnym tonem.
- Alchemii? Po co? - zdziwiła się.
- Będziemy małżeństwem, nie? - wzruszył ramionami. - Chcę wiedzieć jak najwięcej o tobie i tym, co z tobą związane. - powiedział to jakby była całkiem oczywista i najbardziej naturalna rzecz na całym świecie.
- No... - zastanowiła się. - Mogę spróbować. Ale tylko teorię. - zastrzegła. - Do praktyki musiałbyś być alchemikiem. - odparła.
- Dobra. - przytaknął. - A pokażesz mi tą praktykę? - dziewczyna skinęła głową. Chwyciła za różdżkę leżącą na szpitalnej szafce i po szklankę stojącą obok. To ostatnie przetransmutowała na mały nożyk z diamentowym ostrzem oraz jakąś inskrypcją na klindze. Bez zastanowienia nacięła sobie wewnętrzną stronę lewej dłoni. Syknął zdziwiony jej stanowczością. Poczuł, że trochę, minimalnie
się o nią martwi. Na pościeli narysowała okrąg a w nim dziwny symbol. Na każdym ramieniu okręgu dorysowała skomplikowane znaki. Robiła to z zadziwiającą łatwością. Położyła różdżkę na odwodzie okręgu, a na środku swoją bransoletkę.
- Sic rem cognoscere fortitudo, torquetur.* - mruknęła i przyłożyła dłonie po obydwóch stronach magicznego patyka. Buchnęła z niego niebiesko-srebrna błyskawica,  która przebiegła przez całe ślady krwi, narysowane przez Fenixe, aż dotarła do bransoletki, która ją wchłonęła i po chwili wybuchnęła oślepiającym światłem. Gdy blask zniknął, zamiast bransoletki leżał tam maleńki konik na biegunach.
- Wow. - skomentował. - Nie żal ci tej błyskotki? - spytał ,jakby to było w tamtym momencie najważniejsze. Przewróciła oczami.
- Patrz. To jest Krąg Transmutacyjny. - wskazała palcem na krwawy okrąg. - To co przed chwilą zobaczyłeś, to była transmutacja alchemiczna. Ma ona trzy etapy. Poznanie, dekonstrukcje i ponowną syntezę. Poznanie polega na tym, że przedmiot, który transmutujemy musimy znać. Przede wszystkim kształt i dwa najważniejsze materiały, z których został on stworzony. Dekonstrukcja polega na rozszczepieniu materii na mikro atomy oraz utrzymanie ich w kręgu. Ponowna synteza złącza je, tworząc inny przedmiot. A poza tym  bransoletka to prezent od matki, noszony dla świętego spokoju. Nie żal mi, spokojnie.
- I to umiałaś zrobić w wieku pięciu lat?! - wykrzyknął zdumiony, ignorując odpowiedź na zadane wcześniej przez siebie pytanie.
- To proste dla alchemika. Z tobą będzie ciężej. - uśmiechnęła się ciepło, gdy podeszła do nich Piguła. Na szczęście czarami szybko usunęła krew z pościeli.
- Panna Romanow! Obudziła się już pani, jak dobrze! - spojrzała zdegustowana na chłopaka. - Panie Zabini co pan robi w tym łóżku?! 
- Pani Pomfrey, spokojnie ja czekam z takimi rzeczami do ślubu. - odpowiedział. Kobieta prychnęła, ale ubłagana dała pozwolenie na opuszczenie Skrzydła przez Fenixę, choć tylko na śniadanie. Razem z Blaisem wyszli z Skrzydła Szpitalnego ramię w ramię, żartując i śmiejąc się w najlepsze.                 
     Hermiona wróciła do pokoju i po prostu zasnęła. W ubraniach, bez prysznica. Po co było jej to wszystko? Czuła się nikim a omdlenie Fenixy stało się tylko kolejnym zmartwieniem, od którego ucieczką był sen. Granger rano nie miała nawet siły, by wstać. Dyrektorka podobno ogłosiła na kolacji, że zdarzyła się tragedia i jedyna ofiara, uczennica została ciężko pobita, a każdy kto, coś wiedział w tym temacie niezwłocznie miał się stawić w dyrektorskim gabinecie. Gryfonka nawet nie była pewna czy ktoś się zgłosił. Na samą myśl o tym, że tym razem będzie ''przesłuchiwana'' przez innych uczniów, robiło jej się słabo. Ona oraz Dracon mieli możliwość jednego dnia wolnego, ale to tylko dołożyłoby im zaległości i podsyciło plotki. Otworzyła oczy, po czym rozchyliła kotary łóżka. Rudowłosa jeszcze spała. Hermiona szybko wbiegła do łazienki. Rozebrała się a kiedy brała prysznic jej ubraniami zajmowało się zaklęcie prasujące. Wytarła siebie i mokre włosy, ubrała się, umyła zęby, zrobiła sobie kitkę. Wymknęła się z łazienki, zapakowała torbę i ruszyła na śniadanie, żeby być jak najwcześniej i uniknąć durnych pytań. Ashton już tam był. Czekał pod drzwiami. Miał zamiar stać tu tak długo aż ona nie przyjdzie, ale miał to szczęście, że już po chwili wyszła zza zakrętu.
- Panno Granger.- zawołał. Zrobiło jej się zimno, ale grzecznie spytała :
- Słucham? - choć nie wiedziała, że czekał to nie czuła się najlepiej z tym, że rozmawiają poza klasą.
- Wiem, że przeżyła pani traumę w związku z ostatnią tragedią. - zaczął nienaturalnie łagodnie.
- Pansy ma największą traumę. Ja jestem tylko w szoku. - syknęła w odpowiedzi.
- Pewnie jesteś zmęczona, prawda? - ciągnął dalej.
- Jak szybko przeszliśmy na ''ty''. - zdenerwowała się.
- Pomińmy formalności. W obliczu zagrożenia powinniśmy się jednoczyć. - rozłożył dłonie w wystudiowanym, przyjaznym geście.
- Zabawne. Przypomnieć panu drugą bitwę o Hogwart? - uniosła lewą brew. - Późno nastąpiło pańskie zjednoczenie z nami. - nerwowo poprawiła torbę.
- Ale jednak przejrzałem na oczy i od tej pory nic się nie zmieniło. -uśmiechnął się. Rozmowie od dłuższego czasu przysłuchiwał się Draco, który nie mógł spać, więc w celu uniknięcia durnych pytań wcześniej pojawił się przed Wielką Salą. Teraz stał za zakrętem.
- To wspaniale. Moje podejście również się nie zmieniło, a teraz jeśli pan pozwoli mam zamiar coś zjeść. - fuknęła.
- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie. - naciskał.
- I nie mam zamiaru. Pan swego czasu dzielił ludzi na lepszych i gorszych. A ja dzielę na ludzi i Śmierciożerców. Z tymi drugimi nie rozmawiam! - wybuchnął serdecznym śmiechem a Dracon musiał się mocno powstrzymać, żeby nie pójść w ślady brata. Starszy Malfoy śmiał się, żeby ułaskawić Granger oraz, żeby powstrzymać gniew. Młodszy z riposty Gryfonki.
- Żegnam. - ominęła go zręcznie, po czym weszła do ogromnej jadalni.
- Panno Granger! - wszedł za nią.
- Co znowu? - wycedziła zirytowana.
- Pytałem i chcę usłyszeć odpowiedź. - puścił jej oczko.
-Nie jestem zmęczona. Lepiej? - westchnęła zrezygnowana.
- A ja mam inne zdanie. - dalej próbował.
- A mnie ono nie obchodzi. - uśmiechnęła się siadając do stołu.
- Zadziorna. - ponowny śmiech. - Spokojnie, ludzie się zmieniają, świat się zmienia! Rozumiem te nastroje,to pewnie zmęczenie !- klepnął ją lekko po przyjacielsku w ramię i odszedł, rzucając jakby od niechcenia. - Porozmawiamy kiedy będziesz w lepszym nastroju! - skierował do pustego stołu nauczycieli. Jego młodszy brat wszedł do Wielkiej Sali, ale zamiast usiąść przy stole swojego domu podszedł do Hermiony. Czy wszyscy Malfoyowie powariowali?! przeszło jej przez głowę.
- Chcesz czegoś?-spytała, nie patrząc na niego.
- Ostrzec cię. - powiedział do jej pleców.
- Jestem duża i sobie poradzę sama. - nałożyła sobie owsianki.
- Ashton wcale nie jest taki milutki jak się wydaje. - ostrzegł.
- Znam się na ludziach, naprawdę. - nalała sobie herbaty.
- I dlatego jesteś z rudym? - zakpił, psując tym samym powagę wcześniejszych zdań.
- Spieprzaj.-nie wytrzymała i uderzyła pięścią w stół.
- Jak sobie chcesz! Tylko, żeby nie było, że nie ostrzegałem! - odszedł lekko obrażony. Poczuła, że traci apetyt. Miała nawet odejść od stołu, ale wtedy przysiadł się do niej Nevill.
- Hej. - rzucił.
- Cześć. - upiła łyk gorzkiej herbaty.
- Słyszałem co się stało. No, wszyscy słyszeli... - Hermiona już otwierała usta, żeby mu przerwać, ale nie pozwolił jej na to. - Nie mam zamiaru o nic pytać, naprawdę. Możesz mi uwierzyć. A teraz lepiej coś zjedz, bo jesteś strasznie blada. - uśmiechnął się ciepło a ona miała ochotę go przytulić z wdzięczności. Wzięła suchego tosta i nałożyła na niego sporo masła by potem przykryć go plastrami bekonu. - Coś ciekawego działo się w szkole?
- Tak ,mhm... Test z zaklęć. - jadł jajecznicę ze szczypiorkiem.
- O matko! Będę musiała to nadrobić! - jęknęła.
- Nic trudnego, bardziej skomplikowanych już używaliśmy. - puścił jej oczko.
- Czyli nie ma co się bać? - zażartowała.
- Nie ma,spokojnie. - rozmawiali jeszcze jakiś czas. Kiedy akurat wybuchnęli śmiechem z żartu Nevilla do WS weszła Luna.
- Lovegood, uważaj, bo twój chłopak chyba za bardzo polubił Granger! - krzyknął jak zawsze złośliwy Draco. Hermiona zrobiła się czerwona. Blondynka niczym wróżka podeszła do ich stołu i powiedziała :
-Olejcie go. Widać, że jakiś złydzieńkołapek go dziś dziś ugryzł. - Gryfonka pokręciła głową z dezaprobatą, ale Nevill pocałował swoją ukochaną. Dokończyli śniadanie i wyszli zanim tłum rządnych sensacji uczniów napłynął, żeby coś zjeść. Udali się na lekcje. Dzień minął szybko. Przerwy Hermiona spędzała z Nevillem i Luną. Na chwilę odetchnęła. Nevill wiedział co mówić, żeby nie wkraczać na bolesne tematy, znał ją. Luna była miła, spokojna. Dała przyjaciółce swoją czekoladową żabę. Jedynym o czym  panna Granger nie potrafiła zapomnieć ani na moment była Fenixa. Biedna Romanow leżała w Skrzydle Szpitalnym, a ona nawet nie miała kiedy do niej zajrzeć. Poczuła się winna.W trakcie przerwy obiadowej zamiast coś zjeść poszła zobaczyć się z Litwinką. Weszła do sali pełnej łóżek, ale zamiast szukać rudowłosej spojrzała na ... Malfoya?! Właśnie wychodził z pomieszczenia.
- Malfoy! - zawołała stojąc za jakimś parawanem.
- Ciszej,Granger. - uśmiechnął się. Chwila! Uśmiech? U Draco? Do niej?!
- Co tu robisz? - spiorunowała go wzrokiem.
- Wyjdźmy stąd i pogadamy. - kiwnęła głową. Stanęli przed drzwiami.
- Więc? - naciskała.
- Ty się tak nagle mną nie interesuj. Sprawdzałem czy Pansy się obudziła. - na moment szatynka poczuła nadzieję. -  Ale nie. - miał smutne oczy. - A ty co tu robisz? 
- Odwiedzam Fen.
- To odwiedź ją jak coś zjesz, bo kiedy znowu zemdlejesz niekoniecznie będę obok. - zakpił.
- Oh, Draco, mój bohaterze! Ostrzegasz mnie,wybierasz mi przyjaciół,przychodzisz z pomocą! Gdzie twój order?! Dlaczego nie na tej mężnej piersi?! - chociaż z trudem powstrzymał się od wybuchu ze śmiechu powiedział tylko :
- Poczucie humoru się ciebie trzyma, Granger. No a teraz ładnie zmiataj coś zjeść. - machnął ręką, jakby była mała dziewczynką, którą trzeba do czegoś zachęcić.
- Nie rządź mną. - obróciła się na pięcie obrażona zabawnie zarzucając kitką. Szedł w sporej odległości za nią, ale widział, że udała się do WS. Obydwoje w końcu trafili na obiad i zabrali się do jedzenia. Po skończonym posiłku znowu wrócili na lekcje i dopiero około szesnastej Hermiona poszła do Fenixy. Przywitała się z przyjaciółką i opowiedziała jej o zachowaniu obydwu Malfoyów.
- Herm, nie przejmuj się. U Malfoy'ów popieprzenie psychiczne jest genetyczne. - stwierdziła.
- Mam wrażenie,że Ash mnie... podrywa? No jak to nazwać kiedy dorosły facet,w dodatku nauczyciel jest tak mną zainteresowany?! - poczuła się niezręcznie.
- Hmm, molestowanie i napastowanie z elementami fragmentów niskobudżetowej komedii romantycznej? - uśmiechnęła się krzywo, podsuwając propozycję.
- Aleś ty zabawna! Muszę cię o coś spytać w związku z wczorajszym dniem. - zaczęła trochę nieśmiało, bo nie chciała poruszać bolesnego dla przyjaciółki tematu.
- Pytaj. - zachęciła.
- Mówiłaś, że ktoś chce stworzyć Kamień. Czy Pansy jest mu do tego potrzebna? - Gryfonka była blada.
- Kochanie, to tylko teoria. - uspokoiła ją Fen. - Nie sądzę, to zbyt mało prawdopodobne, zwłaszcza, że, na szczęście, to dopiero jedna dziewczyna. - mówiła prawdę, co więcej, brzmiało to sensownie. Tym bardziej była zdziwiona, że dzień wcześniej tak uwierzyła w swoją teorię, że aż zemdlała. No, nie ma tego złego... Poznała troskliwe oblicze Blaisa, śniadanie jedli tak późno, że już prawie nikogo nie była, nikt, więc się na nich nie gapił i mogli się powygłupiać, nie musiała siedzieć na lekcjach... Wszystko ma swoje plusy. Teraz jednak postanowiła się na tym nie rozwodzić i wrócić do tematu.
- Wróćmy do Malfoyów, kochana, widzę, że coś cię dręczy. - pogładziła dłoń przyjaciółki.
- Ashton to jedno, ale Draco? Chyba jego celem nagle stało się udawanie bohatera... Nowy sposób bycia złośliwym gnojkiem!
- Może i jest złośliwym gnojkiem, ale nie ostrzegałby cię na darmo, Hermiono. Aż takim padalcem nie jest! - była pewna swojego zdania. 
- Czepia się Rona niesłusznie. A Ashton... poradzę sobie sama. Wydaje się miły. Malfoy junior niech lepiej zajmie się Astorią! - Hermiona prychnęła, czując rosnącą irytację.
- Ale z tego co wiem, to Draco cię znalazł a nie Ron. - przypomniała.- A w sprawie Ashtona, to kluczowym słowem jest "wydaje się", uwierz. - zapewniła.
- Bo ten dupek zna chyba wszystkie tajne miejsca gdzie można uprawiać seks,wiesz? W końcu gdzieś musi to robić. Dlatego wiedział, gdzie mnie szukać! - zastanowiła się. - Ale ten drugi to w sumie, no zobacz, troszczy się, interesuje. Chyba dzisiaj z nim w końcu pogadam skoro taki jest niezrażony! Ha, zrobię tej fretce na złość! - ucieszyła się, że jednocześnie porozmawia z Ashtonem, dzięki czemu on da jej spokój i jeszcze odegra się na Draco za jego przytyki.
- Herm tylko się na niego nie drzyj. I jak możesz to nie wypominaj mu całego życia. On potrzebuje pomocy. - Fenixa nie chciała, żeby jej przyjaciółka jeszcze pogorszyła stan Draco.
- O kim ty mówisz? - zdziwiła się się Gryfonka.
- O Draco, a o kim? - teraz to Ślizgonka poczuła się skonfundowana.
- Miałam na myśli rozmowę z Ashtonem... A Dracon i pomoc? Niby jaka? Niech idzie do tej swojej laleczki, zrobi mu to co on zechce i po pomocy. Phi! - tupnęła, wstając.
- HERMIONA! - krzyknęła. - On ma depresje, kretynko! I weź przestań tak gadać. Zazdrosna jesteś o Greengrass, czy jak? A do Ashtona, nie idź bez obstawy, jasne?
- On ma depresje?! ON?! A jak zabijał to jej nie miał?! Jak torturował też nie?! Był gnojem i nadal nim jest! Każdy ma swoje problemy! Mógłby ogarnąć śmierciożerną dupę i zrobić coś dobrego a nie siedzieć i użalać się nad sobą! Greengrass może z nim robić co chce! A Ashton jest lepszy od tej kupy blond kłaków! - obrażona wybiegła z sali. W drzwiach minęła się ze.... Smokiem, który miał łzy w kącikach oczu. Była tak wściekła, że nawet nie zrobiło jej się głupio, za to jemu zrobiło się po ludzku przykro. Nie zabijał, nie torturował,  nie pojmował czemu skoro ryzykował życie dla dobra, dla Pottera, dla Zakonu, ona teraz wygaduje takie bzdury!
- Brawa dla tej pani! - wrzasnęła ironicznie Fenixa i zaczęła klaskać w dłonie. Draco blady jak ściana po prostu poszedł sprawdzić co u Pansy, starając się nie rozsypać.

*Poznajcie moją siłę, dusze zbłąkane.
     Hej wszystkim! Mam nadzieję, że się podobało. Jest tu dużooo Fenixy. Dziękuję za nominacje do LBA :). Bardzo się cieszę z powodu dużej ilości wyświetleń! Jesteście wspaniali - kocham Was!
Pozdrawiam, Eleonora.PS Załączam zdjęcie Kręgu Transmutacyjnego, który narysowała Fenixa.