niedziela, 10 stycznia 2016

Miniaturka 3. Blanda "Warto było czekać" + dramione. Cz.1

Witajcie. Przepraszam, spóźniłam się z zamówieniami. Przyznaję się. ALE TYM RAZEM TO NIE  JEŚLI JUŻ MIAŁAM INTERNET TO TYLKO W KOMÓRCE. A MÓJ LAPTOP DO TEGO SIĘ ZEPSUŁ. PRZEPRASZAM. Już zabieram się do pracy! Zaczynam od... Blandy! Moja pierwsza miniaturka inna do dramione, mam nadzieję, że się spodoba i spełni oczekiwania. Wstyd mi, ale na brak internetu nic nie poradzę. Przypominam o zasadzie z komentarzami, 1 u nas= 2 u Ciebie!  Zaczynamy, a ja ogromnie liczę, że mi się uda!+ Ale nieważne, jest miniaturka :
 JESZCZE MAŁE OGŁOSZENIE. Umówiliśmy się na zasadę z komentarzami, odpowiadam na wszystkie, a co do oddawania : jeśli nie dajecie linków i nie ma ich na Waszych profilach google to ja nie będę na siłę szukać. Nie mnie powinno zależeć, żebym oddała dwa razy tyle komentarzy, prawda? Jeśli nie skomentowałam z jakichkolwiek przyczyn Twojego bloga zostaw link w komentarzu pod tym postem, na pewno odkomentuję :).  Zostałam sama i z ogarnięciem spamu (na każdy ten blog jeśli jest link to zaglądam i komentuję) i komentarzami (zdarza się, że zamiast 2 komentarzy zostawiam 8 czy 10, więc staram się). Więc nie oceniajcie mnie tak surowo. DLA AMANDY : miniaturkę zrobię w ramach przeprosin w 2 częściach, więc bardziej rozbudowaną i zrealizuję też Twoje drugie zamówienie :). Wybacz.:c. Zapraszam : 
 Uczeń ostatniej klasy Hogwartu, Blaise Zabini, który przeżył wojnę, oczyścił się z zarzutów i z całych sił próbował żyć normalnie, właśnie szedł na randkę ze swoją dziewczyną, Ginny Weasley. Mijał kolejne okna oraz drzwi od klas, sprawnie manewrował na zakrętach unikając zderzenia z jakimkolwiek innym uczniem. Niemal się udało. Prawie był u celu, prawie dotarł do głównych drzwi. Wtedy właśnie usłyszał :
-Blaise!- odwrócił się. Blondynka z ciemnymi oczami ubrana w barwach ślizgonów machała mu z drugiego końca korytarza.
-Amanda!- odmachał. Ruszył w jej kierunku. Szybko przekalkulował w głowie ile ma czasu do spotkania z Ginny. Zdąży. Ślizgonka zrobiła kilka kroków w jego kierunku.
-Gdzie ci tak spieszno, co?- uśmiechnęła się ukazując idealnie białe zęby.
-Randka. Wiesz jak jest, kobiety mnie uwielbiają.- wzruszył teatralnie ramionami. Wybuchnęła śmiechem.
-Dlatego umawiasz się z tą lisicą.- zrobiła kwaśną minę. Jej nastrój tak szybko się zmieniał kiedy chodziło o Ginewrę.
-Ej, Am, ustalaliśmy coś..- spojrzał na nią ze złością.
-Skoro się przyjaźnimy sądzę, że mam prawo powiedzieć co myślę.- jej usta starannie pomalowane czerwonym błyszczykiem stały się kreską. Faktycznie, odkąd jako jedenastolatka po przydziale Tiarą usiadła koło dwunastoletniego wówczas Zabiniego od razu złapali dobry kontakt. Chłopak niemal zawsze traktował ją jak przyjaciółkę, młodszą siostrę. Do niej przychodził z problemami, ona wybierała mu ubrania na randki, jej zawsze kupował prezenty na różne okazje i jej ufał na tym poziomie co Draco.
-Masz. Ale nie o Ginny, ok? Ja się nie czepiałem twojego ostatniego chłopaka.- fakt, John może i był przystojny, ale to palant. Bycie rozgrywającym Slytherinu wpłynęło na jego mózg. Prychnęła na tą myśl.
-To cię bawi?- uniósł brew jednak sam miał radosne iskierki w oczach.
-Ty mnie bawisz. Bo jesteś tak ślepo zakochany, że to aż za słodkie. Ty, naczelny podrywacz! Zakochany.- podniosła głos. Szybko się zreflektowała.-Ok, jestem w stanie uwierzyć, dobra. Ale nigdy nie uwierzę w ten cały cyrk w bronienie jej. Pamiętasz co niej ostatnio powiedziałeś przy kłótni? Bo potem zwierzałeś mi się z tego w moim dormitorium.- wyczuł, że ją wkurzył. Nienawidził tego robić. Jej duma była przyczyną wielu cichych dni między nimi. Nie znosił czasu milczenia, tej pustki kiedy nie było jej obok. Stała się mu tak bliska, że bez niej tracił cząstkę siebie. Jednak tym razem był mocno zirytowany. Czas do spotkania z rudą niebezpiecznie szybko się skracał a fochy Amandy ostatnio stawały się coraz częstsze.
-Nie po to się z tobą upiłem, żebyś mi to wypominała. Zwijam się. Co ci jest, do cholery? Jak się trochę ogarniesz to nie przychodź tylko pisz, nigdy nie wiadomo co zastaniesz w mojej komnacie.- warknął na pożegnanie. Odszedł zostawiając ją z pięściami zaciśniętymi ze złości. Wiedział, że użył chwytu poniżej pasa. Obrócił się. Nie dostrzegł jej. Chwilę się wahał, przeprosić czy poczekać do wieczora? Wybrał jednak drugie, bo o ile Amanda była w miarę ugodowa o tyle Gin musiałby przepraszać całymi tygodniami. Potrafiła być cholernie męcząca. Westchnął. Dwie minuty przed czasem zaszedł ją od tyłu stojącą przy drzwiach i zakrył jej oczy dłońmi. Liczył, że się ucieszy.
-Blaise, nie mam trzech lat.- wyrwała się z jego objęć.- Ile można czekać, co? Idziemy?- nie czekając na odpowiedź złapała go za rękę i zaczęła niemal ciągnąć za sobą w kierunku Hogsmead.
-Chcesz coś powiedzieć? Cokolwiek co u ciebie?- próbował zagaić.
-Chyba dobrze. Masz kasę? Zapomniałam swojej.- obróciła się na kilka sekund robiąc słodkie oczka. Znał to. Nieważne, że po wojnie ich majątek się powiększył. I tak zawsze ''zapominała'' by Blaise płacił za nią. Nie widziałby w tym problemu, gdyby nie to, że robiła to celowo i do tego zawsze miała wyrzuty kiedy z jakikolwiek przyczyn brał tyko drobne.
-Mam. Zapłacę.- wymamrotał ciągnięty do jednej z tych babskich kawiarni.
  Amanda poczuła się jakby dostała w twarz. Zacisnęła dłonie w pięści. Kiedy tylko brunet się oddalił niemal pobiegła do pokoju wspólnego. Wpadła tam jak burza po czym od razu udała się do swojego dormitorium. Nie chciała teraz widzieć nikogo. Rzuciła się na łóżko i po raz pierwszy od nie wiadomo jak dawna zaczęła płakać. W połowie z wściekłości, w połowie ze smutku. Przez tyle lat nie czuła do niego nic poza czysto przyjacielskimi relacjami. Dopiero kiedy nadeszła wojna zdała sobie sprawę jak bardzo się o niego martwi, jak bardzo jej zależy. Na początku wmawiała sobie, że to nadal tylko zwykła troska, typowy strach o przyjaciela. Zaraz po powrocie do szkoły związała się z Johnem by zagłuszyć niechciane uczucie do czarnoskórego. Kiedy jednak on zaczął być z tą rudą pokraką zabolało. Wmawiała sobie, że to przelotne, zaraz minie, tydzień i po sprawie. To było we wrześniu, w połowie. Kończył się listopad a jemu coraz mocniej zależało na tej małpie... Zerwała z Johnem, olewał ją, średnio całował no i... nie był Zabinim. Miała ochotę go rozszarpać. Wiedziała jednak, że jeśli tylko stanąłby w progu z tym swoim rozbrajającym uśmiechem zaraz by mu wybaczyła. Tym razem poczuła złość też na siebie. Otarła łzy, przykryła się kołdrą. Zasnęła.
 Siedział wśród różu, cekinów, koronek i puszków. Zamawiała już czwartą gorącą czekoladę. Zemdliło go. Nie wiedział jedynie czy to od tego cukierkowego wystroju czy od nadmiaru bitej śmietany.
-Gin, tobie aż tak chciało się pić?- uniósł brew obserwując puste filiżanki.
-Jasne, że nie.- prychnęła.- Ale nie mogę tak tutaj tylko siedzieć i nic nie robić.- wzruszyła ramionami.- Ludzie patrzą.- dodała.- A ja nie chcę wyjść na biedaczkę, która przychodzi do kawiarni posiedzieć.- rozejrzała się czy do pomieszczenia nie wchodzi nikt znany. Oho, Romilda. Ruda niemal natychmiast przysunęła się do swojego chłopaka i namiętnie pocałowała go w usta. Kiedy skończyli zapytał :
-Ej, mała, mogę wiedzieć, do jasnej cholery, co tu się wyprawia?- uniósł się.
-Uspokój się, narobisz mi wstydu. Nie bądź żałosny, dobrze? Chcę się tobą pochwalić.- zamrugała wymalowanymi rzęsami. Fakt, w to akurat nie wątpił. Chwalenie się nim, jego uczuciem i majątkiem należało do jej ulubionych zajęć.
-Doceniam.- uznał, że lepiej jej nie drażnić.- Możemy się zbierać? Chciałem spędzić męski wieczór z Draco...- dodał chcąc się wytłumaczyć.
-Chyba śnisz!- prychnęła.- Ja już nam zaplanowałam wieczór.- dodała radośnie.
-Dobra. Twoja wola.- uniósł ręce w geście poddania się. Posiedzieli tam jeszcze chwilkę by w końcu wstać. Chłopak jeszcze nie zdążył do końca podnieść się z krzesła kiedy piegowata postać znacząca chrząkała pokazując przy tym co należy zrobić z nią i jej płaszczem.- Już, powoli.- przewrócił oczami. Miał inne plany na ten wieczór, chciał pogadać z Malfoyem o nieprzyjemnej wymianie zdań z Amandą. Coraz bardziej go to gryzło. Zachował się jak ostatni cham i prostak, fakt. Ale czy wieczne pretensje o Ginny miały sens? Nie lepiej by im było żyć w zgodzie? Może nawet polubiłaby się z Gin?
-Blaise, masz jutro wolny pokój?- zamarł. Hola, hola, czy ona właśnie chce wskoczyć mu do łóżka?
-A co?
-Nie mam gdzie zrobić balangi z dziewczynami.- zrobiła dzióbek.- No proszę...- wysyczała po chwili nie widząc reakcji z jego strony.
-Gin, ja nie wiem, naprawdę, mieszkam z Draco i...
-Dobra. Zamknij się. Nie to nie, widać jak ci zależy.- fuknęła a kiedy tylko chciał pogłaskać jej dłoń szybko ją cofnęła.- Nie dotykaj jeśli nie masz zamiaru mnie uszczęśliwiać.- chlipnęła na zawołanie.
-Zobaczę co da się zrobić, ale kameralna impreza, ok? Nie chcę mieć znowu kłopotów przez to jakie urządzam dzikie melanże.- natychmiast jej smutna mina zmieniła się w radosny uśmiech a od ścian kawiarni odbił się pisk radości.
-Zbieramy się.- oznajmiła w końcu ku jego uldze.- I tak już powoli ludzie wychodzą, teraz więcej będzie ich na dworze, chodź.- ubrani opuścili lokal. Odprowadził ją pod sam portret Grubej Damy, ale to nie wystarczyło. Namiętnym pocałunkiem zakończyła ich randkę a na koniec teatralnie głośno dodała :
-Jak zawsze jesteś CUDOWNY!- by dopiec stojącym nieopodal dziewczynom z 5 roku, które z nikim się nie spotykały. Blais poczuł się koszmarnie zażenowany całą sytuacją i marzył, żeby jak najszybciej się ulotnić. Kiedy już czwarty raz klepnęła go w tyłek w końcu zniknęła za obrazem, aktualnie zgorszonej, kobiety a on wrócił do lochów. W Pokoju Wspólnym siedziało jeszcze dużo osób, jedni się śmiali, inni wcale nie wyglądali na wesołych, raczej na takich oddających się teraz zwierzeniom. Sam należał niestety do tej drugiej kategorii, która chętnie by się wygadała każdemu chętnemu posłuchać. Rozejrzał się za Amandą. Nie było jej. Powlókł się z trudem do swojego dormitorium, ale to co tam zastał całkowicie go ... zaskoczyło. Wiedział, że jego kumpel kocha Granger i są razem od Bitwy o Hogwart, wiedział, że Malfoy uratował ją od tortur w Malfoy Manor a po ich wspólnej ucieczce ona dała się zaprosić na randkę a nie zgadzała się nawet kiedy przyjaźnili się całą szóstą klasę. Wiedział, że Draco ją kocha i bardzo mu na niej zależy, widział jak jego przyjaciel się stara. To jak patrzył na Hermionę przy innych pokazywało jego miłość. Ale dopiero teraz, gdy widział spojrzenie kumpla wlepione w Gryfonkę w momencie, gdy byli sami zrozumiał jakim uczuciem blondyn darzy pyskatą Granger. Najpotężniejszym z jakim się spotkał.
-Hej.- powiedział zawstydzony. Wstyd nie wynikał z sytuacji, ale z wątpliwości, które nieproszone wkradły się do serca. ''Czy ja też patrzę tak na Ginny? Czy często udaje nam się być sam na sam skoro niemal wszystkie randki rudowłosa planuje w miejscach publicznych a ja nie mam nic co gadania?''. Urwał niechciany potok pytań własnej podświadomości.
-Cześć, stary.- Draco był rozanielony, uśmiechnął się. Przed chwilą skończył całować się z Hermioną, wiele razy już dzisiaj przerywali wspólne przeglądanie katalogów z wystrojami wnętrz. Przyczyną przerwy były pocałunki lub łaskotki. Nie mogli w swoim towarzystwie wytrzymać dłużej niż paru minut bez ani jednego słowa do siebie, bez ani jednego spojrzenia albo nawet przelotnego dotyku. Planowali razem zamieszkać a Draco chciał by to Hermiona udekorowała dom, który dla nich kupił (była wtedy tak szczęśliwa, że płakała nie mogąc uwierzyć. Chciała mu się odwdzięczyć, więc wytłumaczył jej, że to on odwdzięcza się za miłość, którą od niej otrzymał.).
-Hej.- szatynka zachichotała. Przy Draco była po prostu szczęśliwa, nie musiała udowadniać każdemu, że nadal jest bohaterką ratującą czarodziejski świat, była sobą.
-Co robicie?- spytał smętnie rzucając się plecami na swoje łóżko.
-Wybieramy meble do NASZEGO- podkreślił ostatnie słowo, ponieważ jego dziewczyna nadal uważała, że to jego dom skoro nie zapłaciła za niego ani jednego galeona.- domu. Wiesz, że wolę kiedy Granger się wszystkim zajmuje, ma zdecydowanie lepszy gust.- rzucił skromnie zupełnie zapominając o swoim zamiłowaniu do luksusu.
-Jesteście do porzygu słodcy.- z trudem podniósł się. Próbował znaleźć w szafie Ognistą.
-Masz w szafie alkohol?- uniosła brwi. Podniosła się do pozycji siedzącej, jeszcze chwilę wcześniej leżała z głową na kolanach Draco.
-On tam trzyma jeszcze gorsze rzeczy, słońce.- Ślizgon wstał kiedy tylko dziewczyna się podniosła.- Blaise, masz okres?- podszedł do kumpla.
-Nie. O co wam chodzi? Nie masz swojego pokoju, Granger?- otworzyła oczy ze zdziwieniem. Zawsze był dla niej miły, akceptował jej związek.
-O co nam chodzi? To ty się zachowujesz jakbyśmy zabili ci ulubione zwierzątko i połamali miotłę. Stało się coś?
-Nie mam pojęcia.- odstawił szklankę po czym pociągnął spory łyk prosto z butelki.- Chcecie trochę?- zapytał niespodziewanie tak jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę, że nie powinien pić sam.
-Dzięki, ale przystopowałem picie.- dziedzic Malfoyów wskazał głową na siedzącą
-Co mu zrobiłaś, okrutna istoto?- tym razem się zaśmiał. Wrócił szelmowski uśmiech.
-Nic, czysta miłość.- blondyn teatralnie westchnął co wywołało chichot jego dziewczyny.

-No i ja właśnie w tej sprawie.- usiadł na łóżku nadal trzymając w dłoni butelkę.
-Coś nie tak z Ginny?- zaciekawiła się Hermiona.
-Nie wiem. Jak to jest ''tak''?
-Zabini, odstaw butelkę, tobie dzisiaj starczy...- jego przyjaciel powoli próbował zabrać mu trunek.
-Hermiona, właściwie to czemu ty się pokłóciłaś z Gin?
-Nie akceptowała Draco.-wzruszyła ramionami.- Nie mogła mi wybaczyć, że wybrałam jego zamiast Rona.
-Nie zna się na facetach.-odparł nieakceptowany przez rudą chłopak.
-Dzięki, umiecie pocieszać jak nikt inny. Eh... nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że była inna. Nie w tej dziewczynie się zakochałem. Wojna zmienia, ale aż tak? Nie zginął nikt z jej rodziny! Fakt, Fred był ranny, ale wyleczyli go przecież! No to co jej jest?!- wybuchnął.
-Kasa zmienia ludzi. Sodówa uderzyła jej do głowy, może mieć to na co wcześniej nie mogłaby sobie pozwolić, w tym ciebie. Chce bardzo pokazać, że ma, że ją stać. To pewnie dlatego.- wyjaśniła Hermiona.- Dobra, chłopaki, zbieram się.
-Odprowadzę cię, nie ma mowy, że o tej porze pójdziesz sama! Możesz dostać szlaban a tak to dostaniemy go razem.- puścił jej oczko.- Nie zapij się na śmierć, zaraz wracam.- rzucił do swojego współlokatora. Zakochani wyszli z dormitorium, obydwoje pewni, że czarnoskóry zaraz zaśnie upojony alkoholem. Ale mylili się. Blaise siedział i czekał na swojego przyjaciela. Gdy ten przekroczył próg od razu padło pytanie :
-Po czym wiedziałeś, że kochasz Granger?
-O matko! Stary, wystraszyłeś mnie! Siedzisz sam po ciemku? Całkiem oszalałeś?- Draco aż podskoczył.
-Zadałem pytanie.- ignorował przytyki.
-Po tym kiedy bardziej zależało mi na jej szczęściu niż na moim, po tym jak byłem w stanie oddać za nią życie. Po tym jak odpuściłem ciągłe nękanie ją o randkę skoro chciała tylko przyjaźni. Po tym jak dałem się torturować, żeby była bezpieczna i po tym, że ból był mniejszy kiedy wiedziałem, że nikt jej nie skrzywdził. Nie mam ochoty mówić o moich uczuciach. Musimy? Mam wrażenie, że Weasley rzuciła na ciebie zaklęcie. Zachowujesz się jak sentymentalna staruszka!
-A motylki w brzuchu? Inne takie?
-Mam, ale mniejsze. Tu chodzi o siłę uczucia a nie te pierdoły, które pojawią się kiedy się zauroczysz.
-Dzięki, stary.
-Nie ma sprawy. Idę pod prysznic.
-A ja do Amandy.
-Będziesz upijał się z nią?
-Idę przeprosić.
-Powodzenia.- rzucił zatrzaskując drzwi od łazienki. Zabini zdecydowanym krokiem opuścił pokój. Zdziwił się, ale główna siedziba Ślizgonów nadal była pełna ludzi, spać poszło tylko kilka osób. A, racja, piątek! Przybił piątkę swoim myślom, Amanda zawsze w piątki siedzi w Pokoju Wspólnym. No, przynajmniej o tej porze. Ruszył w kierunku zbiorowiska. Najmłodsi i ci dojrzalsi, lekko podpici i całkiem trzeźwi, palący ukradkiem papierosy albo tacy grzejący się przy kominku. Ogromna grupa różnych osobowości. Ale brakło akurat tej osoby, której szukał. Amandy. Rozejrzał się po raz kolejny, znowu bardzo dokładnie. Zobaczył jednak tylko jej przyjaciółkę, Kate.
-Kate, cześć.- wyciągnął ku niej dłoń. Uścisnęła.- Nie wiesz gdzie jest Amanda?
-Witaj. W dormitorium. Ale nie radzę ci tam wchodzić. Jak byłam tam ostatnio to drzemała a po obudzeniu się była zła jak osa. Nie wiem o co mogło chodzić.- wzruszyła ramiona.
-Ale ja wiem. Dobra, dzięki.- zbył ją krótko. Już wiedział co robić.
   Amanda tym czasem siedziała z Nottem na dywanie. Obydwoje opierali się o ramę jej łóżka. Pili. Teodor potrafił być irytujący, ale od dawna miał się ku niej. Wysyłał jej zabawne liściki na lekcjach, przepuszczał w drzwiach a na wszystkich imprezach robionych w tajemnicy przed nauczycielami aż płaszczył się by tylko zgodziła się z nim zatańczyć. Dzisiaj kiedy Kate obudziła ją z drzemki wcale nie miała ochoty na to by wyjść z łóżka. Na nic nie miała ochoty. Była wściekła i rozgoryczona. Kate opuściła pokój zrezygnowana bezowocnym przekonywaniem przyjaciółki do wyjścia do ludzi. Kiedy kilka minut później usłyszała pukanie do drzwi krzyknęła :
-Czego?!- otwierając je tak mocno, że aż odbiły się od ściany.
-To... ja nie... nie będę przeszkadzał. Pój... pój... pójdę już.- wyjąkał zestresowany.
-Teo, zostań. Co chciałeś?- zrobiło jej się głupio z powodu tego wybuchu. Nie był winny temu co zrobił Blaise. Poza tym Teodor to całkiem przystojny chłopak. Brązowe oczy, podobne do oczu Zabiniego. Blond włosy i blada cera, całkiem inne niż u jej przyjaciela. Ale... on miał prawo spotykać się z tą zwichrowaną Weasley a ona nie ma prawa do chwili zabawy? Może robić co chce. Zabawi się, oderwie od rzeczywistości. On już wybrał. Nie będzie po nim płakać, teraz pora na jej wybór. Kto tu mówi o miłości? Teodor może się podobać dziewczynom i jej właśnie teraz też się spodobał!
-Szykuje się picie.- nadal wyglądał na lekko skrępowanego.
-Gdzie?- przeczesała ręką rozczochrane włosy.
-Pokój Życzeń.- powoli się ośmielał.
-Wejdziesz i poczekasz parę minut?
-Robi się.- wparował do pomieszczenia. Rozejrzał się wewnątrz niedyskretnie. Kiedy stanęła przed łazienkowym lustrem nie dziwiła się jego konsternacji. Jej włosy były w nieładzie a smugi z tuszu pokrywały jej policzki. Zachichotała. Skoro jeszcze nie uciekł to dzisiaj da mu trochę nadziei. Nie fair jest wykorzystywanie go w celu wzbudzeniu zazdrości w czarnoskórym. Ale w tym momencie to nie wzbudzanie czegokolwiek się liczyło a pozbycie się nieproszonego uczucia. Nott wydawał się idealnym obiektem na moment, takim lekiem na inne uczucie. A z resztą, kto wie jak im się potoczy dalej? Rozpuściła rozczesane włosy, poprawiła makijaż, użyła nawet perfum. Kiedy z powrotem pojawiła się w pokoju chłopak siedział na brzegu łóżka.
-Wiesz co? Nie wiem czy mam siłę gdzieś wychodzić.- dodała zrezygnowana zgodnie z prawdą.
-W sumie nie wiadomo nawet czy to do końca wypali. Jak nie to będziemy pewnie po tajniaku pili w Pokoju Wspólnym w jakimś kącie.-wzruszył ramionami podnosząc się z miejsca. W rękach trzymał aż dwie butelki Ognistej.
-Trzeba przynieść swój alkohol? To mam jeszcze jedną butelkę.-wyjęła ją z barku.
-Może poczekamy chwilę zanim się rozkręci balanga i posiedzimy trochę u ciebie?- zasugerował, ale kiedy się uśmiechnął jego ostre zęby spowodowały u Amandy skojarzenie z rekinem.
-Zgoda.- było jej aktualnie obojętne gdzie musi udawać szczęśliwą. Chce siedzieć tu? Dobra, posiedzą.- Wyjmę szklanki.- puściła mu oczko.- Tak na dobry początek imprezy.-dodała.
-Zgadzam się!- nalał alkohol do naczyń.- Toast, Am, za cudowną imprezę i jeszcze lepszą noc!- wypili po czym z tylko sobie znanych przyczyn zaczęli się śmiać. Usiadła na dywanie, oparła się o ramę łóżka, zrobił to samo.
-Teo, ma sens już iść? Nalej jeszcze po szklaneczce.- spełnił jej prośbę. Znali się odkąd przyszła do Hogwartu, ale nigdy nie byli przyjaciółmi, nawet z Zabinim tylko dobrze się kolegował, wolał Harrixona i Browna. Ale teraz, kiedy dawni Śmierciożercy, ich dzieci lub ci, którzy z jakichkolwiek przyczyn nie skończyli albo nawet nie zaczęli siódmego roku nauki teraz mieli na to szansę, ale z ludźmi o rok od siebie młodszymi. I tym sposobem uszczęśliwiony Nott mógł wysyłać Amandzie liściki praktycznie codziennie. Często ją to irytowało, ale nie dziś. Dzisiejszego wieczoru ma prawo zacząć nowy etap życia. Taki bez uczuć do Zabiniego.
-Nawet dwie!- wypili kolejne dwa toasty. W tym czasie, rozmawiali, śmiali się, żartowali.
-Może po prostu dokończymy tą butelkę, co?- spytała w końcu kiedy byli w połowie.- Nie ma sensu iść na imprezę z butelką w połowie opróżnioną.- stwierdziła. Tak też zrobili. Jednak kiedy skończyli dopijać ostatnie krople blondyn otworzył kolejną butelkę a ona nie protestowała. Nic wielkiego, butelka na dwie osoby, trudno, najwyżej rano będzie ją lekko boleć głowa, da radę.
-Polej odrobinę.
-Mądrze mówisz. Bez sensu teraz kończyć? A może już dzisiaj nie pójdziemy? Taka własna impreza chyba jest fajniejsza.
-Jeszcze nie.- machnęła różdżką. Usłyszeli całkiem fajny, wolny kawałek.
-Nastrojowo.-mruknął.
-Wiem.- wypili kolejną szklaneczkę. Zanim się spostrzegli już druga butelka leżała pusta. Obydwoje czuli coraz większą wesołość. Teodor nagle stał się znacznie przystojniejszy i bardziej pociągający. Kolejna wolna piosenka poleciała z głośników.
-Zmysłowa jesteś.-pochylił się ku niej. Zawahała się. I wtedy dotarła do niej smutna prawda : ma szansę albo na związek z fajnym chłopakiem albo na samotną egzystencję pełną użalania się nad sobą. Bo szans na życie z czarnoskórym przyjacielem nawet nie było wśród opcji. Da się ponieść i zobaczymy co z tego wyniknie.
-Daj spokój.-przysunęła się do niego.
-Chcesz, żebym cię pocałował?- drażnił się z nią. Stykali się czołami.
-Chcę, żebyś się zamknął.- pocałował ją. Kiedy jego wargi dotknęły jej ust nie miała wrażenia niekończących się fajerwerków. Nawet zimnych ogni. Nic. Po prostu pocałował, przyjęła ten do wiadomości. Postanowił pogłębić pocałunek i delikatnie ugryzł ją w dolną wargę. Kiedy już chciała oddać pocałunek drzwi otworzyły się z hukiem. Oderwali się od siebie niemal natychmiast. Dziewczyna obróciła się w stronę gościa.
-Blaise…- bardziej stwierdziła niż zapytała.
-Tak, to ja. Chciałem pogadać i przeprosić, ale skoro jesteś zajęta to wpadnę później. Brawo, Teo. Królowa Ślizgonów twoja!- ostatnie zdanie wykrzyknął teatralnie dodając do tego oklaski, ale zanim zdążyli zareagować wyszedł z pokoju.
-Poczekaj! Proszę, poczekaj!- biegła za nim. Zatrzymał się w ciemnym korytarzu między dormitoriami dziewczyn.
-Co chcesz?- wysyczał odwracając się do niej.
-Chciałeś przeprosić i pogadać, więc proszę.- o ile wcześniej jej głos drżał teraz była odważna niczym rasowa Gryfonka. Nie pokaże wstydu i strachu. Nie po tym co się stało.
-Już nieaktualne.
-A to niby czemu?- sama nie wiedziała czy odwagi dodaje jej wrodzona bezczelność czy raczej wypity alkohol.
-Skoro już znalazłaś sobie pocieszenie to spędź miły wieczór, nie przejmuj się.
-Pocieszenie?! Mam nadzieję, że żartujesz! Też mi coś! Kiedy ty zajmowałeś się figlami z tą wiewiórą ja miałam siedzieć sama i płakać, tak?
-Nie zajmowałem się żadnymi figlami!- podniósł głos.
-Szkoda, że dzisiaj mówiłeś o swoich planach coś zupełnie innego! Przyszedłeś przeprosić to to zrób!
-Nie mam zamiaru!- fuknął obrażony.
-Niby czemu nie? Bo pękło ci wyobrażenie? Liczyłeś, że możesz się gździć z kim chcesz a ja wiecznie będę czekać na ciebie tak jakbyś mnie zamknął w wieży?!
-Nie wiem o czym mówisz!- wykrzyczał, choć zdawał sobie sprawę, że jego relacje z Ginny ranią blondynkę.
-Nie udawaj, palancie! Nie będziesz się bawił moim uczuciami! Dawanie mi prezentów, zwierzanie się mi, picie ze mną są ok, tak?! Wtedy jest dobrze! Ale pojawiła się ta ruda menda i co?! Nie ma cię przy mnie chyba, że masz cholerny problem! Przylatujesz się zwierzać, dzielić emocjami tak jakbyś nie widział, że mnie tym ranisz! Że mnie to boli! Czego oczekiwałeś? Że będę na ciebie czekać wiecznie?! Że cokolwiek byś nie zrobił to moje ramiona i drzwi będą otwarte?! To się grubo pomyliłeś, kochany! Nie tylko ty masz prawo robić co chcesz, ja też mam wolną rękę! Nie będziesz obracał dziewczyn a do mnie wracał jak jesteś sam! Skończyło się! Też mam prawo do miłości czy do związku i właśnie z tego prawa korzystam! A ty masz wielkie pretensje! Pogódź się z tym! I twoja szansa i twoje czasy minęły! Nie waż się włazić z kopytami w moje życie! Sam wybrałeś a ostatecznie zapieczętowałeś to dzisiaj, na korytarzu!- skończyła wylewać żale i emocje. Alkohol zrobił swoje, wszystkie duszone myśli wypłynęły obnażając jej uczucia. Zdała sobie sprawę, że właśnie opowiedziała mu, choć nie wprost, co do niego czuje. Przerażona uciekła. Wpadła do pokoju jak burza. Teodor siedział na łóżku zdezorientowany.- Lepiej będzie jak pójdziesz.- kiwnęła głową w stronę drzwi.
-Wszystko ok?
-Tak, ale… nie zrozum mnie źle. Po prostu to było jednorazowe i nie sądzę, żeby miało przyszłość.- dopiero po kłótni z Zabinim zrozumiała jak bardzo bez sensu jest próba ulokowania swoich uczuć w kimś innym na siłę. Niestety, ale miłość do Blaisa zostanie z nią jeszcze na długo, o ile nie na zawsze.
-Dobra. Przepraszam. Przegięliśmy. Kumple?- wyciągnął ku niej rękę, ale wzrok miał zrezygnowany.
-Kumple.- uścisnęła ją mocno.- Mogę dostać sama? Pełno wrażeń, powinnam iść spać.
-Całkowita racja. Do jutra, Am.
-Do jutra, Teo.

 I jak Wam się podobało? :)! Włożyłam w to masę pracy, mam nadzieję, że nie zawaliłam :/. Następna część ''Chorej miłości'' będzie na blogu do soboty a następna część Blandy kilka dni po niej :)! Czekajcie i komentujcie :).

niedziela, 3 stycznia 2016

Miniaturka 2. "Chora miłość". Cz.4

Wybaczcie. Zepsuty komputer. Brak internetu. Ponowna awaria. Ponowny brak internetu. Wirus, który pożarł wszystkie moje zdjęcia z komputera. Ratowanie ich. Brak internetu. I dlatego jestem tu ponownie dopiero teraz. Wstydzę się, bo nie życzyłam Wam Wesołych Świąt! Teraz życzę Wam Szczęśliwego Nowego Roku! Pełnego dramione, oczywiście :)! Przez tak długą przerwę w pisaniu w mojej głowie powstała masa pomysłów, oczywiście mam zamiar je tu wszystkie zrealizować najszybciej jak się da, więc oczekujcie :). Chciałam życzyć też Viperze wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, dużo weny i sił do pisania, pełno pomysłów i czasu na ich realizację, miłości, radości, prawdziwych przyjaciół, samych super ocen i pełno, pełno szczęścia oraz zdrówka! Przepraszam, że spóźnione, tak wyszło, przykro mi. Proszę Viperę o kontakt :). Wszystkie zaległe zamówienia się marynują, są prawie gotowe. Blanda zostanie dwuczęściowa w ramach rekompensaty, przepraszam zamawiającą. A teraz, przed Wami 4 część ''Chorej miłości''. Mam nadzieję, że się spodoba, zapraszam oraz życzę miłej lektury :)! :
  Po wyjściu z supermarketu i kupieniu Coli udała się natychmiast do szpitala. Drżącą ręką otworzyła swój kantorek metalowymi kluczami. Rzuciła na tapczan czarną, skórzaną torebkę i długimi palcami z paznokciami w kolorze śliwek spróbowała otworzyć puszkę. Poczuła się całkowicie żałosna, zażenowana. Okłamuje osobę, którą kocha nad życie. Draco traktuje ją jak królewnę a ona naleje mu napój, którym w dzieciństwie czyściła akwarium i co? Wmówi mu cud uzdrowienia? Wyrzuty sumienia przygniotły tak, że aż ją zemdliło. Usiadła chowając twarz w dłoniach. Hermiona Granger, bohaterka magicznego świata właśnie upadła z hukiem na samo dno uczciwości. Staczała się tam powoli każdego dnia. Jednak dziś nastąpiło apogeum. Mogłaby przecież powiedzieć mu prawdę, wyznać wszystko i liczyć na wybaczenie. I właśnie w tym momencie zadzwonił stacjonarny telefon stojący w jej gabinecie. Wstała.
-Tak?- głos jej drżał. Chciała zaszyć się pod kocem i już nigdy nie musieć wychodzić.
-To ja, mała. Wychodzę już do szpitala. Wszystko gotowe?- ten głos taki bezbronny, pełen miłości, nadziei, ufności. O nie! Nie powie mu prawdy. To go zniszczy. Nie może się przyznać. Nie może.
-Tak, czekam.- zacisnęła powieki by się nie rozpłakać.
-Super, nawet nie wiesz jak się stresuję. Ale ufam ci i wiem, że wszystko zrobiłaś najlepiej. Kocham cię. Będę zaraz, teleportuję się.- rozłączył się. Nie wytrzymała. Łzy leciały strumieniami. Czuła się jak najgorsza szmata, jakby straciła całą wartość. Pospiesznie wlała do jednej z fiolek z szafki całą zawartość puszki a ją zgniotła po czym wyrzuciła do kosza. Usłyszała kroki na korytarzu. Szybki jest. Zapukał.
-Proszę.- stłumiła płacz. Nieśmiało otworzył drzwi, ale jak tylko zobaczył Granger natychmiast zamknął je na klucz i rzucił się przytulić ukochaną.
-Ej, maleńka, co jest? Proszę, powiedz mi.
-Nic, naprawdę.- stała tam spokojna i tylko czarne strużki tuszu cieknące po jej policzkach zdradzały prawdziwe uczucia.- To ze szczęścia, że w końcu będziesz zdrowy.
-Na pewno?-uniósł brwi nie dowierzając.
-Na sto procent.- pocałowała go w usta.
-Poczekaj.-wyjął z kieszeni jeansów paczkę chusteczek i zaczął wycierać jej policzki ze śladów po porannym makijażu.
-Jesteś kochany.-powiedziała już uspokojona.
-Bo ktoś tutaj mnie nauczył co to znaczy miłość.-ścisnęło ją za serce. Kiedy tylko doprowadził twarz Hermiony do porządku natychmiast podała mu fiolkę.- Tylko wypić?- upewnił się.
-Tylko wypić.-kiwnęła głową. Wzruszył ramionami po czym za jednym łykiem przelał sobie do gardła całą zawartość.- A fe.- skrzywił się odsuwając fiolkę od ust.- Za słodkie.- uśmiechnęła się do niego czule. Choć był już dorosłym mężczyzną nadal miał w sobie wiele uroku.
-Już po wszystkim, kochanie.- pogłaskała go po policzku, gdy odstawiał na miejsce szklane naczynie.- Teraz sprawdzimy czy jesteś zdrowy.- wykonała znany już ''rytuał'' pobrania krwi po czym zaniosła ją do badań. Wynik był taki sam jak poprzednim razem, pół roku wcześniej : Dracon był zdrowy. Zadowolona pobiegła pokazać Malfoyowi wyniki. Czekał na nią na korytarzu. Kiedy tylko zobaczył ''ZDROWY'' na kartce natychmiast zaczął krzyczeć z radości a ukochaną porwał w ramiona.
-Moja kochana! W końcu! W końcu zacznę normalne życie!- zaczął wirować z Hermioną w ramionach. Postawił ją po chwili i zapytał- Masz dziś dyżur?
-Nie, przyszłam tylko cię uratować.- pocałowała go w policzek.
-Ubieraj się, muszę zrealizować coś o czym marzę od nowa.- pozbierała swoje rzeczy z ulgą przyjmując reakcję Draco. Jest szczęśliwy. Może wcale nie postąpiła tak źle? Teraz bardziej docenia życie. Uspokojona, że jej kłamstwo już nie wyjdzie na jaw wyszła z nim ze szpitala, spod którego się teleportowali. Wrócili do apartamentu młodego Malfoya.
-Co chcesz robić, kochanie?- spytała.
-Muszę gdzieś pilnie wyjść.
-Słucham?- uderzyło w nią to jak unikał jej wzroku. Ale przecież jej tu nie porzuci... prawda?
-Mała, wychodzę, ale czekaj tu na mnie o 19 pięknie ubrana. Proszę. Masz kasę.- wyjął na blat sporo pieniędzy.- Na nową sukienkę i fryzjera.
-Nie bardzo rozumiem.-wymamrotała.                                                                                          
-Nie musisz. Mamy zamówiony stolik w restauracji, a ja na dziś zaplanowałam coś specjalnego.- pocałował ją jeszcze mocno na pożegnanie i teleportował się w tylko sobie znane miejsce. Wyszła z domu kompletne nie rozumiejąc co planuje jej chłopak. Po godzinie chodzenia po sklepach znalazła piękną, białą sukienkę dopasowaną do chudego ciała dawnej Gryfonki. Wybrała do niej jeszcze czerwone szpilki a potem udała się do domu. Wolała sama zrobić sobie fryzurę i makijaż. Wzięła prysznic, wysuszyła fale sięgające jej do biustu, nie związywała ich. Wytuszowała rzęsy a po chwili była już gotowa. Tym razem jej chłopak zadzwonił do drzwi. Otworzyła. Przebrał się w czarny garnitur a w ręku trzymał ogromny bukiet herbacianych róż.
-Wiem jak nienawidzisz czerwonych.- pocałował ją namiętnie. Pospiesznie włożyła kwiaty do wazonu.
-Dziękuję. Ale, skarbie, co to za okazja? Świętujemy to, że wyzdrowiałeś?-uśmiechnęła się.
-Powiedzmy. Pozwolisz, że teleportujemy się do fajnej knajpki?- kiwnęła głową podając mu dłoń. Spletli palce. Z przyzwyczajenia zawsze zamykała oczy podczas teleportacji. Kiedy je otworzyła znajdowała się pod najdroższą restauracją w Londynie.
-Możesz mi powiedzieć co tu robimy?
-Jak to co? Świętujemy!
-Twoje wyzdrowienie?- zdawała się nie rozumieć.
-Nie do końca. Raczej spełniam dziś swoje największe marzenie. A dokładniej dążę do jego realizacji, to pierwszy etap.
-Draco, sens twoich słów rozumiem, ale nie wiem jakie to marzenie. Zawsze chciałeś tu zjeść czy co?- poczuła się jak idiotka. Czemu jest taki tajemniczy? Roześmiał się.
-Kocham cię, głuptasie. Nie. Marzyłem o czymś innym. Dowiesz się z czasem. Chodź, mamy rezerwację.
-Od kiedy? Od dziś?-dopytywała. To było niemożliwe zarezerwować tu stolik w ciągu jednego dnia, nawet jeśli było się Malfoyem!
-Nie, głuptasie. Dzień przed naszym spotkaniem, pół roku temu. Chciałem wysłać list następnego dnia i jeśli wszystko by nam się ułożyło, co właśnie się stało, zaprosić cię tu. Wchodzimy, piękna?
-Tak.- nadal czuła się oszołomiona. Otworzył przed nią drzwi, weszli do środka. Przepiękne wnętrze, kryształowe żyrandole, marmurowa podłoga. Zaniemówiła. To musiało kosztować majątek.- Draco, chodź stąd.- wyjąkała. Zapłacił krocie za kolację tu dla niej. Dla kłamczuchy i oszustki.
-Co jest? Nie podoba się?- bardzo się zmartwił.
-Podoba. Jest idealnie, ale tu jest za drogo...- wbiła oczy w podłogę.
-No nie żartuj, kochanie, to dla mnie grosze, możesz zamówić co chcesz, nie wygłupiaj się.- złapał dłoń Granger. Podszedł do nich wykwintnie ubrany kelner.
-Państwo...?-zlustrował ich wzorkiem.
-Malfoy.-dokończył młody dziedzic.
-Zapraszam.- zaprowadził ich do idealnie przygotowanego stolika. Draco odsunął swojej dziewczynie krzesło, za moment usiadł naprzeciwko niej.
-Nie krępuj się, Herm, zamawiaj co tylko zechcesz. Czekaliśmy tak długo, że mam ochotę zasilić ich budżet.- zaśmiali się.- Odkąd jestem zdrowy wiem, że mogę spokojnie zrealizować swój plan nie bojąc się, że cię to zrani. I wiesz co? Podziwiam cię, że podjęłaś się życia z chorym, choć wisiało nad nami widmo mojej śmierci. Za wszystko cię podziwiam. Podobno to ja jestem twoim bohaterem, ale moim zdaniem to tobie należy się order i pomnik. Bo wytrzymałaś ze mną, Hermi.- popłakała się. Ponownie tego dnia. Łzy szczęścia zmieszały się z tymi wstydu. Ma ją za takiego anioła kiedy tak naprawdę jest po prostu oszukującą go desperatką.- Hermi, cieszysz się?- upewnił się.
-Nawet nie wiesz jak.- tym razem nie kłamała. Cieszyła się. Pominęła przy tym jednak fragment o tym, że jest jej również niesamowicie głupio.
-Zamówmy coś, maleńka, bo zgłodniałem z tej ulgi, że moja kobieta uratowała mi życie.- Zakryła twarz kartą. ''Czy on robi to celowo? Dowiedział się i teraz on chce mnie pogrążyć, upokorzyć?''. Spojrzała na twarz Malfoya. Zachęcił ją czułym, ufnym uśmiechem do szukania wymarzonych dań. To spojrzenie było zbyt szczere. On nie mógłby jej zranić. Tym bardziej bolało to jak ona raniła jego. Wybrała zupę z serów pleśniowych oraz sałatkę z krewetkami. Dracon zamówił zupę z ośmiorniczek oraz ślimaki. Pili drogie wino, jedli, śmiali się, rozmawiali o wszystkim i o niczym. Byli ze sobą szczęśliwi. Najszczęśliwsi. Hermiona wyzbyła się strachu, że jej ukochany się dowie. Blondyn próbował opanować stres przed tym co za chwilę miał uczynić. Kiedy skończyli jeść poszli jeszcze na spacer po parku. Obejmowali się, żartowali, wyglądali jak typowa mugolska para. W pewnym momencie stanęli.
-Co jest? Nie chcesz iść dalej?- spytała.
-Chcę, ale za moment. Właściwie to zabawne, że ubrałaś dziś białą sukienkę.
-Tak? Dlaczego?-uśmiechnęła się dobrotliwie. Cudowny wieczór. Pierwszy wolny od nieprawdy. Pierwszy w pełni szczery.
-Bo o to, żebyś włożyła kieckę w tym kolorze chciałem cię prosić. Tylko na inną uroczystość.- wyjął piękne obite materiałem pudełeczko z kieszeni. Klęknął.- Te wszystkie gwiazdy nad nami są jak inni ludzie.  Nic mnie nie obchodzą, bo ja już mam swoją gwiazdkę, ciebie. Czuwaj nade mną całe życie, jak czuwasz teraz. Kocham cię i nigdy nie opuszczę. Wyjdziesz za mnie? Będziesz ze mną zawsze? Marzę o byciu twoim mężem, kochanie. Tylko mi pozwól a będę najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.- tym razem słowa ciecz z oczu brunetki była ''konsekwencją'' jedynie szczęścia.
-O matko, Draco, tak, kocham cię! Już jestem z tobą najszczęśliwsza!- powtórzył scenę z korytarza szpitalnego. Wirowali namiętnie się całując.- Ty jesteś moją gwiazdką. Nigdy cię nie opuszczę, kochany.- po wieczorem pełnym wrażeń teleportowali się do domu gdzie kilka godzin spędzili ciesząc się sobą w sypialni.
 Minął miesiąc pełen szczęścia, ulgi i co najważniejsze ... prawdy. On nie chciał wracać do tematu choroby, żeby nie rozdrapywać ran, ona nie chciała znowu fałszować rzeczywistości. Bała się, że oświadczyny nic nie wniosą ani nie zmienią. Wniosły i zmieniły. Już dzień później chciał zacząć przygotowania do ślubu. ''Spokojnie, powoli, kochany.'' uspokajała go. Chcieli tego, ale najpierw trzeba poinformować rodziców. Umówili się na wspólną kolację z państwem Granger oraz Narcyzą, teraz już znowu, Black. Dziewczyna chciała wszystko ugotować sama, chłopak nakrył do stołu, wcześniej posprzątali czarami. Postanowił zrobić swojej ukochanej małą niespodziankę i wyszedł do sklepu do po mugolskie napoje gazowane, wiedział jak bardzo je uwielbiała. Najbliższy supermarket był niedaleko, po drodze na Pokątną i do św. Munga. Wszedł, uderzyło go zimne powietrzne i głośna muzyka. Cholera, co jego kruszynka widziała w takich miejscach... Powoli przemierzał kolejne półki, czuł się lekko zagubiony, nie lubił mugolskich marketów. Zamiast iść na napoje trafił do sekcji lodówek i schowanych w nich mrożonek. Jogurty wybierał znany nam już doktor Azjata ubrany w swoje nieśmiertelne spodnie typu ''hawajki''.
-Dzień dobry, doktorze.- przywitał się z nim.
-Witam pana! Słyszałem o zaręczynach, gratuluję.- wymienili uścisk dłoni.- Musiało panu nieźle ulżyć jak się okazało, że to tylko pomyłka, co? Nie miałem okazji wcześniej zapytać.- starannie wybierał między kefirem a maślanką.
-Jaka pomyłka?- zrobił się sztywny jak kij od miotły, na której tak lubił latać.
-Jak to jaka? No około siedem miesięcy temu, przecież się okazało, że pańskie badania to fikcja, jest pan zupełnie zdrowy! Cały czas pan był! Niesamowite, prawda? Dzień po pańskiej wizycie spytałem o to szanownej narzeczonej pana i tak mi powiedziała. Potwierdziło się. Błąd stażystki. Rzuciła robotę i zdecydowała się założyć sklep. Chyba idzie jej lepiej niż badania krwi. Szok to musiał być dla pana, prawda? Dzień po gruchnięciu takiej informacji, co ja gadam, nie dzień a godzinka nawet, i co? I zdrowy! Niesamowite, prawda?- blondynowi zrobiło się gorąco, mimo że stał koło ogromnych chłodziarek. Okłamała go... Oszukała... Dobrze, że chociaż nie pochwaliła się innym jak łatwo dał się podejść.
-Tak. Dokładnie. Przepraszam, muszę iść.- odwrócił się na pięcie. ''Co powiedziałem nie tak, że tak szybko poszedł? No nieważne, arystokrata, oni tak mają...'' pomyślał doktor po czym wybrał jednak maślankę. Malfoy skierował się na dział alkoholi. Musi się napić. Musi. Zmienił jednak zdanie. Chce być trzeźwy i trzeźwo z nią porozmawiać o jej motywach. Przy kasie wziął puszkę jakiegoś gazowanego napoju i wyszedł. Wracał do domu, zdecydował się napić. Wziął potężnego łyka i... zamarł. To smakowało jak rzekomy eliksir. No niemożliwe, zrobiła z niego debila. Oszukała go. Wzięła za kretyna i jeszcze wcisnęła Colę wmawiając, że pracowała nad tym pół roku, że go kocha, że to eliksir. Wściekły ruszył do domu. Jeszcze nikt go tak nie zranił, nie zawiódł. Wszedł bez pukania, nie zamknęła drzwi, trzasnął nimi. Pojawiła się w holu z takim uśmiechem jakby była dobra i niewinna.
-Są już rodzice. Gdzie byłeś, kochanie?- rzucił kurtkę w kąt holu. Spojrzał na nią morderczym wzrokiem.- Coś się stało?- zmartwiła się.
-Nie twój interes. A teraz pora skończyć to przedstawienie?
-Słucham?- zbladła. Wystraszyła się. Co takiego miało miejsce, że się tak zachowuje?
-Wyluzuj, wezmę winę na siebie. Ominął ją w drzwiach. Wszedł do salonu. Nieśmiało wsunęła się za nim.
-Witaj, synku!
-Dzień dobry, Draco.- wszyscy oni byli tacy szczęśliwi. Gdyby tylko wiedzieli. Wziął głębszy oddech.
-Dzień dobry. Słuchajcie... Przepraszam, chciałem wam o czymś powiedzieć. Nie będzie dzisiaj obiadu zaręczynowego. Wcale nie będzie zaręczyn. Przynajmniej nie naszych, nie moich z Granger.- ostatnie słowo wysyczał lodowatym tonem.- To moja wina, ja po prostu do tego nie dojrzałem. Przepraszam was wszystkich, narobiłem za dużo nadziei i szumu swoją pochopną decyzją. Wybaczcie mi. Macie prawo mnie znienawidzić i ja zrozumiem, ale teraz, proszę, zostawcie nas samych.- zakończył smutnym tonem. Żal oraz rozpacz paliły jego serce. Mimo wszystko... kochał ją. Tak jak kocha się tylko raz. Szkoda jedynie, że bez wzajemności. Co do tego miał pewność. Gdyby go kochała nie odwaliłaby takiej farsy. Ale mimo zadanych mu ran nie chciał jej upokarzać tak jak ona jego. Nie chciał też mówić wszystkim jak się z nim zabawiła. Weźmie winę na siebie. Dobrze, niech ma.
Narcyza widziała, że nie to było powodem, ale nie chciała drążyć. Hermiona też poprosiła by zostawili ich samych. Black przeprosiła rozgoryczonych państwo Granger. Cała trójka opuściła apartament.
-Kiedy zamierzałaś mi powiedzieć, co?- opadł ciężko na krzesło.
-Co?- głos jej drżał. Tak bardzo chciał do niej podejść i ją przytulić. Nie mógł, nie powinien. Został na swoim miejscu.
-No zgadnij, super genialna pani doktor, kobieto, której ufałem. Po co odwaliłaś tej szajs z chorobą? Poszedłem kupić do marketu mugolskie napoje. Wiem jak je lubisz. I wiesz co? Zgadnij kogo spotkałem?! Doktora, który radośnie zapytał jak to jest kiedy w dniu śmiertelnej diagnozy okazuje się, że jesteś zdrowy. Zabawne, prawda? Powiedz mi dlaczego się nie pochwaliłaś całemu szpitalowi jak mnie nabrałaś? Jak spełniam twoje zachcianki zakochany w tobie do granic kiedy ty się ze mnie nabijasz, co? Nie chciałaś pokazać sprytu koleżankom?
-Nie pochwaliłam się, bo nie chciałam cię upokorzyć. Miałam inny cel.
-Jaki, pochwal się!- podniósł głos. Serce łamało mu się z każdą chwilą mocniej. Hermiona czuła to samo. Ogrom zła jakie wyrządziła uderzył w nią głosem zduszonych wyrzutów sumienia.
-Kocham cię i kochałam. Najpierw bałam się, że tylko tak cię zatrzymam. Potem, że gdy powiem prawdę to cię stracę.
-Mogłaś powiedzieć wcześniej o swoich obawach, ale skoro wolałaś skłamać to znaczy, że mi nie ufałaś. To po pierwsze. Po drugie byłem z tobą z miłości, kochałem cię.
-Kochałeś?
-Jeszcze nikt mnie tak nie zranił i nie oszukał! Zrobiłaś ze mnie idiotę, zabawiłaś się mną!
-Bo nie chciałam cię stracić!
-I właśnie tracisz! Poprzedni argument po drugie. A po trzecie kłamałaś... Wystarczyło w dowolnym momencie tej cholernej gry powiedzieć prawdę, przyznać się, przestać. Ale nie! Ty wolałaś mnie oszukiwać całe życie, tak? Kiedy miałaś zamiar mi powiedzieć? To jest po trzy. Do trzech razy sztuka. Wyprowadzam się. To jest koniec.
-Draco...- z całych sił, tak jak on, powstrzymywała łzy. Chciała rzucić mu się na szyję, przepraszać. A on chciał zapomnieć, wolałby żyć z nią w kłamstwie niż czuć tą rozrywającą okrutną prawdę.- Kocham cię. Proszę. Zostań.
-Nie mogę. Nie można być z kimś kto cię tak zranił, rozumiesz? Wyznawałaś mi miłość, kochałaś się ze mną, żyłaś ze mną. Chciałem się z tobą ożenić. Byłaś centrum mojego wszechświata, miłością mojego życia, tą jedyną i co? Spaprałaś to, Granger.- gula rozpaczy w jego gardle rosła.
-Nie mów tak do mnie.
-A jak mam mówić, dziewczyno? Malfoy już nie będziesz. Chciałem, rozumiesz, chciałem cię uczynić najszczęśliwszą kobietą na Ziemi. Dać ci wszystko. Nie przyjęłaś. Trudno, Granger. Nie będę się cackał. Wybaczyłbym ci jedno lub dwa. Ale nie trzy na raz. Gdybyś jeszcze sama się przyznała. Wziąłem winę na siebie, nie musisz się wstydzić, spłaciłem dług wobec ciebie.- prawie płakał. Jaki dług? Zastanowiła się szybko w głowie.
-Niby co masz spłacać?- warknęła, żeby nie błagać go na kolanach o zostanie.
-To, że przez ponad pół roku byłem najszczęśliwszym facetem jaki kiedykolwiek istniał. Byłem kochany, miałem przy sobie właściwą kobietę. Szkoda, że to była iluzja. Za błędy się płaci. I każde z nas zapłaci za swój.- wstał, podszedł do okna. Stał do niej tyłem tak by nie widziała łez, które w końcu musiały znaleźć ujście. Nigdy nie czuł potrzeby oddania wszystkiego jakiejkolwiek osobie. Przy niej poczuł. Oddał siebie, swoje serce, czas, pieniądze, miłość, ufność i... wszystko zostanie z nią teraz kiedy odchodzi. Nie odzyska z tych rzeczy nic. Tak samo jak nie odzyska jej.
-Wiedziałam.- złością chciała zagłuszyć smutek.- Wiedziałam, że jesteś ze mną tylko dlatego, żeby wyzdrowieć! Fajnie, nie? A jak wyzdrowiałeś to poleciałeś się oświadczyć z wdzięczności, co? Wiesz co Malfoy? Jesteś żałosny! Żałosny!- nim się zorientowała był tuż przy niej.
-Nie waż się tak mówić. Oświadczyć ci się chciałem od tej cholernej nocy w Hogwardzie, która zaczęła fałszywą relację. No, fałszywą z Twojej strony. Od tamtej pory niczego tak nie pragnąłem jak uczynić cię moją na zawsze. Moją żoną, moją kobietą, moją. Ale dokonałem złego wyboru, ty też. Ja wybrałem nieodpowiednią osobę, ty drogę. Nie tłumacz mi się z niczego, proszę, nie chcę tego. Wiesz czemu z tobą byłem? Z miłości, Granger. Wyprowadzam się. Im szybciej przestaniemy dla siebie nawzajem istnieć tym mniej nas zaboli.- teraz on kłamał. Nigdy nie przestanie myśleć o Granger jak o kimś kogo kocha. Nigdy nie przestanie chcieć jej przytulać i całować. Ale to co zrobiła to za dużo. Tego się nie wybacza. Każdy ma swoją cierpliwość i swoją dumę. Jedno dostało przekroczone, drugie ktoś próbował mu zabrać. Nie pozwoli na to.
 Jego słowa parzyły jak ogień. Czyli to tak? Tak mało dla niego znaczyła, że natychmiast przestanie dla niego istnieć? Rozumiała doskonale jak bardzo miał prawo jej nienawidzić, ale nie miał przecież prawa jej teraz ranić. A może miał? Czy ona nie zraniła jego? Zastanowiło ją jeszcze jedno. Konkretnie słowo ''Wyprowadzam.''.
-Dokąd?- powiedziała najbardziej lodowatym tonem na jaki mogła się zdobyć.
-Co dokąd?- zaczął czarami pakować swoje rzeczy.
-Się wyprowadzasz.- łza popłynęła po jej policzku. Starła ją pospiesznie.
-Nie wiem.
-A ja co?
-Nie płacz, daj spokój. Bądźmy dorośli i odpowiedzialni. Proszę.- próbował udawać, że jedyne czego chce to nie jej miłość a święty spokój.- Możesz tu zostać tak długo aż nie kupisz mieszkania. Albo je sprzedać i za nie kupić coś nowego albo nie wiem. Jest twoje. Ja go nie chcę ani jednego grosza z tego co ci zostanie jeśli ktoś to kupi. Niech to będzie ostatni prezent dla ciebie.- poczuła jak żal jeszcze mocniej ściska jej żołądek. Ona go tak skrzywdziła a on... nie tylko wziął winę na siebie, ale jeszcze oddaje jej mieszkanie. Chciała go przytulić i jedynie świadomość, że on by tego nie chciał ją powstrzymała.- Poza tym tu jest pełno wspomnień o tobie, o tej złudnej miłości.
-Nie była taka!- krzyknęła pocierając swoje ramiona. Czuła się zimna, pusta, opuszczona.
-Była, bo opierała się na kłamstwie.- dodał spokojnie. Zdawał sobie sprawę, że jeśli nie będzie spokojny to wybuchnie przed nią płaczem. Jak widać ich rozstanie jest takie jak ich miłość : sztuczne.- Zrozumiem jeśli też nie będziesz chciała tu mieszkać, sprzedaj i zrób co chcesz z tą kasą.- spakowane, pomniejszone walizki mieściły mu się w kieszeni czarnych jeansów.
-A meble?- dodała ignorując to, że miłość jej życia właśnie od niej odchodzi.
-Cokolwiek. Są twoje. Tak jak moje serce było twoje.- otworzył drzwi.- Granger, dziękuję za wszystko. Nigdy cię nie zapomnę.
-Ja ciebie też nie. Dziękuję i przepraszam.
-Ok.- chciał ją pocałować na pożegnanie jednak obróciła się tyłem do niego. ''Pewnie się cieszy, domyślam się. Bądź szczęśliwa, Granger. Ja już nigdy nie będę.''. pomyślał. Teleportował się do domu Narcyzy. Nie chciał rozmawiać, górę walizek, które wróciły do swojego naturalnego rozmiaru zostawił w holu a sam poszedł na górę do gościnnego pokoju. Rzucił się na łóżko a kompletnie osłupiała Narcyza słuchała już tylko jego rozpaczliwego szlochu, płaczu i wycia. Kiedy zapukała do drzwi usłyszała tylko :
-Zostaw mnie, tak jak ona mnie po prostu zostaw. Chcę być sam.- poszła zrobić sobie mocnej herbaty.
  Dawna Gryfonka po zamknięciu zamka od wejścia zwinęła się w kłębek na łóżku przyjmując zupełnie nieświadomie taką postawę jak Draco. Przypomniała sobie jak właśnie tu, nie dalej jak wczoraj jęczała jego imię by potem zasnąć w jego ramionach.
  To NIE jest ostatnia część, jedynie przedostatnia :). Jak Wam się podoba? Jeszcze nigdy nie opisywałam zerwania, nie zawaliłam? Oczekujcie Blandy w jak najkrótszym czasie, jestem tu dla Was :). PRZYPOMINAM O ZASADZIE 1 KOMENTARZ U NAS=2 NA TWOIM BLOGU. Wszystkie zaległości komentarze zostaną nadrobione w ciągu dwóch najbliższych dni :). Zostawcie ślad po sobie, Kochani! Papa :*!


piątek, 27 listopada 2015

Miniaturka 2. "Chora miłość". Cz.3

Witajcie! Jak zawsze spóźniona. Wybaczcie, nie mam już wstydu przepraszać za pisanie tego tak późno... Znowu jestem chora i mam czas napisać dla Was część 3. Poznacie chytry plan Hermiony a w komentarzach możecie mnie zjechać za spóźnienie i niesłowność. Nie obrażę się! Obowiązuje nadal zasada z komentarzami. Mam dla Was jednak niespodziankę, która, jak sądzę, powinna coś zrekompensować : do dzisiaj do 23.59 możecie pisać w komentarzach wszystkie swoje zamówienia na miniaturki, wylosuję dwie, które napiszę w tym tygodniu a resztę dodam tutaj w ciągu dwóch najbliższych tygodni, więc czekam na zlecenia! Oprócz tego : jeśli chcecie, żebyśmy zareklamowały nasz blog zapraszamy! Piszcie na nasz gmail lub w komentarzach a dogadamy się i ustalimy szczegóły! No to nie przedłużając zapraszam na część 3, na którą, mam nadzieję, niecierpliwie czekaliście(zepsuł mi się laptop i to ukochany, jestem wściekła!) :
 Hermiona wróciła do pomieszczenia. Młody Malfoy leżał na wersalce i patrzył w sufit.
-Nie za dobrze ci?- uśmiechnęła się.
-Dobrze to byłoby mi z tobą. Za ile kończysz pracę?
-Właściwie już skończyłam. Mogę wracać do domu.-unikała jego wzroku pakując swoje nieliczne rzeczy do torebki.
-Jak wyniki?- podniósł się do pozycji siedzącej. Poczuła gulę w gardle.
-Jesteś chory, fakt. Ale nie nieuleczalnie. Wymyślę coś i wyzdrowiejesz, jasne? Masz być dobrej myśli. Mam cały rok, żeby cię uzdrowić.- czuła się fatalnie kłamiąc, ale wiedziała, że to może być jej jedyna szansa na zatrzymanie go przy sobie. Pisali listy, halo, to co innego niż kontakt twarzą w twarz. Może się okazać, że jeśli powie mu o fałszywej diagnozie to ją zostawi i poszuka innej panny. A na to nie może sobie pozwolić. Za mocno go kocha.
-Albo tylko rok.- mruknął niewyraźnie.
-Oh, zamknij się Malfoy. Zwijamy się.- zagłuszyła wyrzuty sumienia wmawiając sobie, że robi dobrze. Gdyby tak od razu powiedziała mu, że jest zdrowy to byłby szok!
-Dokąd?- dlaczego musi się uśmiechać aż tak ufnie? Nie widzi, że ją to wpędza w jeszcze gorszy nastrój?
-Dokąd chcesz.-wzruszyła ramionami marząc o zakończeniu tej farsy i życiu razem długo i szczęśliwie.
-Do mnie.- puścił jej oczko. Teleportowali się do jego apartamentu.
-Wow, tu jest... wow. Ogromne.- otworzyła usta.
-Wiem o tym doskonale.- uśmiechnął się.- Weź prysznic po ciężkim dyżurze i ruszamy na zakupy. Moja kobieta zasługuje na miliony diamentów. Zwłaszcza, że moje życie zależy dosłownie od niej.- zabolało. Czyli po to z nią jest, tak? Po to, do cholery? Dla życia? Naprawdę myśli, że gdyby nie byli razem to pozwoliłaby mu umrzeć? Z resztą, nieważne. Jak nie będzie go ''leczyć'' to najwyżej się zorientuje, że jest zdrowy. Nic złego mu się nie stanie.
-Jesteś szalony!- udaje rozbawienie, choć pęka jej serce i wie, że prawdopodobnie zależy mu na życiu, ale nie wspólnym tylko własnym.
-To nie ja urwałem się z pracy!- roześmiał się.
-Powiedziałam, że skończyłam dyżur i muszę iść. Nikt nie protestował.- puściła mu oczko po czym weszła do ogromnej łazienki by wykąpać się w wielkiej, marmurowej wannie. Liczyła, że woda zmyje z niej wszystkie winy. Po kąpieli z bąbelkami ponownie założyła swoje ubrania i wróciła do Dracona.
-Nie mam siły cię ciągać po sklepach, więc chyba tyle powinno nas zadowolić.- tajemniczy uśmiech zagościł na jego twarzy, gdy prowadził ją do kuchni. Były tam róże, świecie, biały obrus i...pizza?!
-Jesteś niemożliwy.-zachichotała całując go mocno.
-Granger, dlaczego ty ze mną jesteś?- wmurowało ją.
-Chciałam zadać to sama pytanie.- odrzekła rezolutnie.
-Nie dlatego, że chcę być zdrowy. Bo za ciebie mógłbym umrzeć. Jestem z tobą, bo nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. Pragnę być z tobą. Na zawsze. Gdybym nie był chory to może bym poczekał, ale teraz widzę, że nie ma na co. Wprowadź się do mnie, mała, proszę.- rozpłakała się. W połowie ze szczęścia a w połowie ze smutku. Jak mogła myśleć, że on chce ją tylko wykorzystać do wyzdrowienia skoro Draco kocha ją tak bezgranicznie? I jak może go okłamywać, wmawiać mu chorobę tylko po to by ''uleczyć'' go w cudowny sposób i zatrzymać przy sobie? Zrobiło jej się niedobrze.
-Czuję dokładnie to samo, gburze.- pocałowała go w policzek.- I licz się z tym, że jutro przenoszę tu wszystkie moje rzeczy!- pogroziła palcem.
-Nie mogę się doczekać.- Draco puścił muzykę i zaprosił Hermionę do zmysłowego, wolnego tańca. Tańczyli długo, ciesząc się sobą oraz ciepłem drugiej połówki. Ugryzł ją w ucho.
-Kocham cię, Granger.
-A ja ciebie, Malfoy.
-Dla takiej chwili jak ta bardzo było zachorować.-pocałował ją namiętnie zanurzając palce w jej rozpuszczone, miękkie włosy. Tańczyli jeszcze długo aż w końcu postanowili położyć się spać. Razem, przytuleni do siebie jakby byli jedną masą rąk, głów i nóg spali spokojnie aż do rana. Kiedy się obudził przemknął cicho do kuchni by wrócić ze śniadaniem do łóżka dla ukochanej. Otworzyła powoli zaspane oczka. Siedział na skraju łóżka z tacką i patrzył na nią z czułością. Zapomniała o swoim planie, kłamstwach, o tym w co on nadal wierzy. Uśmiechnęła się nieśmiało.
-Codziennie będziesz mnie tak budził?
-Kiedy tylko zechcesz, Granger. Ale czasem też chcę dostać coś miłego z rana. Choćby buziaka.- schylił się ku niej po czym ledwo musnął wargami jej ust. Na tacce był omlet, sałatka owocowa i mocna herbata.- Taka jaka lubisz. Pamiętam jak pisałaś od czego zaczynasz dzień.-delikatnie się uśmiechnął kiedy spojrzała na śniadanie. Zjedli razem śmiejąc się i żartując. Czuła się niemal tak jakby wszystko było normalne.
-Co dziś robimy, Malfoy?
-Przeprowadzamy cię do mnie! Ubierz się i na nas pora.
-Naprawdę nie żartowałeś....- wzruszyła się.
-A wolałabyś to? Nie chcesz ze mną mieszkać?
-Żartujesz?! Marzyłam o tym!- rzuciła mu się na szyję. Wstała i szybko pobiegła do łazienki. Kiedy się przebrała i chciała przejść do mycia zębów spojrzała w swoje oczy w lustrze. Sumienie bardzo chciało dać o sobie znać. Zagłuszyła je wmawiając sobie, że to wieści o chorobie sprawiły docenianie życia przez Draco. Po umyciu zębów oraz uczesaniu włosów dołączyła do Draco by wspólnie teleportować się do niej mieszkania. Było małe, składało się z łazienki, garderoby i aneksu kuchennego połączone z salonem. Poza sporą ilością ubrań nie dało się powiedzieć, że w mieszkaniu jest dużo rzeczy. Kilka zdjęć Hermiony samej lub z rodzicami, na ścianach. Parę talerzyków, kubków, szklanek i par sztućców. Drobne kosmetyki, parę bibelotów, głównie pamiątki z podróży.
-Jesteś minimalistką?-miał na sobie czarną koszulkę i jeansy. Wyglądał przeciętnie a mimo to nadal był niesamowicie przystojny.
-Nie. Po prostu nie lubię trzymania rzeczy, które łapią kurz.- wzruszyła ramionami. Zostały im do spakowania rzeczy z łazienki, a potem z garderoby. W łazience pochowali kosmetyki, ręczniki, dziewczyna kazała mu zabrać nawet jej ulubiony, granatowy łazienkowy dywanik. W końcu otworzył drzwi garderoby. Zamarł.
-Granger, robisz sobie jaja? Tu są same książki?!
-I deska do prasowania z żelazkiem, nie zapominaj.- mruknęła znad kartonu.- Czy to źle?
-Nie. Inne babki trzymałyby tu buty! Jesteś absolutnie wyjątkowa!- porwał ją w swoje silne ramiona. Śmiali się i chichotali. Celowo wybrali mugolski sposób, żeby poczuć całą moc przeprowadzki, poza tym, Draco koniecznie chciał obejrzeć wszystkie jej rzeczy. Najbardziej w mieszkaniu spodobał mu się album z ich wszystkimi, wspólnymi zdjęcia, ruchoma fotografia z zakończenia roku przedstawiająca ich w objęciach śmiejących się z jakiegoś żartu oraz, oczywiście, pudełko z listami od niego. W końcu skończyli.
-A meble?- odgarnęła z czoła niesforne pasmo.
-A chcesz je? Masz moje.- wyszczerzył idealnie białe zęby.-Jak bardzo ci zależy to oczywiście możemy je przenieść, ale magicznie, proszę!- zrobił błagalną minę.
-Nie ma problemu. Zbierajmy się. Nic nie jedliśmy od rana.
-Muszę mieć jakąś dietę?- zmartwił się. Kłamstwo ją dobijało, ale wcale nie chciała mówić prawdy. Tak strasznie bała się, że go straci, że całe jej szczęście pęknie jak bańka mydlana. Gdzieś podświadomie już chciała go od siebie emocjonalnie przywiązać, uczuciowo uzależnić. Choć tak już było z miłości nie dostrzegała tego próbując osiągnąć to kłamstwem. Wszystkie te informacje o chorobie po klątwie, zalecenia... To tak potwornie, nieznośnie gryzło, męczyło. Chciałaby móc przestać. Ale zbyt głęboko w to weszła, za bardzo wmówiła sobie, że trzeba iść dalej.
-Nie musisz. Spokojnie, nie rozmawiajmy o tym teraz, ciesz się chwilą.-ucięła temat.
-Racja.-kiwnął głową. Wraz z kartonami teleportowali się do niego. Może z miłości a może ze szczęścia wcale nie czuli głodu. Dopiero wieczorem kiedy wszystko rozpakowali pozwolili sobie zamówić chińszczyznę by zjeść ją razem śmiejąc się. Jedynie na kilka minut przed zaśnięceim Hermionie wróciły wyrzuty. Zagłuszył je buziak od Draco.
Minęło pół roku. Każdego dnia zasypiali i budzili się obok siebie, kochali się co noc, gotowali wspólne obiady i kolacje, chodzili na zakupy, jeździli na wycieczki, całowali się, chodzili na długie spacery trzymając się za rękę. Były tylko dwie rzeczy, które mąciły w ich idealnym świecie : dla Draco choroba a dla Hermiony jej oszustwo. Cały czas udawała, że szuka leków, bada go i leczy. W końcu postanowiła zakończyć farsę. Miała dość widoku na zmartwienia ukochanego. Dłuższy czas wmawiała mu, że powoli zdrowieje, jest lepiej, prace nad lekarstwem zbliżają się do końca. Pewnego dnia oznajmiła mu wieczorem, że następnego dnia powinien stawić się do szpitala na uzdrowienie. Nie mógł zasnąć z radości i podniecenia. Rano pełna wstrętu do samej siebie postanowiła iść do pracy na nogach zamiast użyć magii. Już od czasów przeprowadzki zauważyła, że kiedy pracuje, chodzi, wykonuje jakiś wysiłek fizyczny albo po prostu ma zajęcie to jest jej lżej. Mniej myśli, czasem nawet zapomina o tym jakie świństwo robi, znacznie mniej trudności sprawia jej wtedy wmawianie sobie, że to dobry pomysł. Gula w jej gardle rosła. Jeszcze nie ma nawet pomysłu co mu dać jako niby tajemny lek. Stworzyć jakiś eliksir? Walczyła z myślami. Minęła supermarket. Niewiele myśl zawróciła i weszła do środka. Chwilę chodziła po chłodnym wnętrzu bez żadnego celu. Trafiła do działu z napojami gazowanymi. Zaświtało. Wzięła puszkę Coli. Wcześniej nigdy jej nie pił, bo nie lubił mugolskich napojów. Zadowolona, ale coraz mocniej zażenowana ruszyła do kasy.

 Próbowałam dodać wczoraj okrojoną część, ale internet zacinał mi się niemiłosiernie. Laptop już nie działa... Więc lepsza jakoś, ale dłuższe oczekiwanie. Przypominam o zasadach z  komentarzami i o możliwości reklamy.:).
Niedługo ukarze się pierwsza reklama :).

poniedziałek, 2 listopada 2015

Miniaturka 2. "Chora miłość". Cz.2

 Wedle obietnicy jest! Druga część ''Chorej miłości.''! Mam nadzieję, że Wam się spodoba, bo piszę ją podczas choroby. Będzie dłuższa od poprzedniej. Zapraszam do komentowania i wprowadzamy w życie system : Jeden komentarz u nas-dwa komentarze na Twoim blogu! Już dziś odkomentuję wszystkim zaległym! Jestem ciekawa też co powiedzielibyście na miniaturkę o Lunie i Nevillu. Jesteście chętni? Jeśli tak to dajcie znać :)! Miłej lektury.:)
PS Ta część i poprzednia to tylko moja praca, więc jeśli jest źle to nie wina Vipery.:D
     Wyszli z gabinetu doktora Wilsona. Szli niepojętą plątaniną korytarzy. W końcu Azjata zatrzymał się przed jakimś pokojem i zapukał trzy razy. Malfoy miał ręce schowane w kieszeniach czarnego garnituru. Nie chciał okazać się mięczakiem. Może i został mu rok życia, ale chce przeżyć go jak bohater a nie menda. Drzwi otworzyła młoda kobieta. Draconowi opadła szczęka. Granger...
-Hej... O matko.- zasłoniła dłonią otwarte ze zdziwienia usta.- Draco?
-Hermiona?- szybkim gestem przeczesał włosy.
-Znacie się?- zdezorientowany towarzysz chorego patrzył to na mężczyznę to na koleżankę z pracy. Pierwsza odezwała się szatynka.
-Tak.- kiwnęła głową.- Czasy szkoły.- uśmiechnęła się krzywo. O tak, doskonale pamiętał. Zaraz po wojnie zbliżyli się do siebie. Po bitwie. Utrzymywali swój... Hmm... Związek? Tak, to chyba to, w tajemnicy. Nie chcieli by ktoś wiedział. Ona zmuszona do spotykania się z Ronem a on zepchnięty na margines. Chodzili na spacery, zwierzali się sobie, wiedzieli o sobie wszystko. Pocałował ją tylko raz. W dzień przed zakończeniem roku. Tak jakby czuli, że kończy się ich przyjaźń. Wtedy też się kochali. Było im cudownie. Najpiękniejsza noc ich życia. Wyznali sobie miłość, choć byli pewni, że nie mają szans. Obiecali sobie, że gdy będę mieli po 20 lat i każde z nich już ułoży sobie wszystko w sobie i w środowisku to spotkają się i spróbują jeszcze raz. Mieli też pisać do siebie listy raz na miesiąc ustalonego dnia. Pisali. Dziś był ten dzień kiedy powinni wysłać kolejny. Nie zdążyli. Spotkali się tu.
-Więc, Hermiono, pan Malfoy jest chory.
-Wejdźcie.- odsunęła się lekko od framugi i zaprosiła ich gestem do środka. Weszli do białego pomieszczenia. Była tam wersalka obita szarym materiałem, leżał na niej zwinięty w kulkę koc w zeberkę oraz kilka białych poduszek. Nad wersalką było okno z parapetem niemal niewidocznym spod stosów książek.
-Przepraszam, miałam wczoraj zmianę na popołudnie, ale potem była niespodziewana operacja i zostałam do pierwszej w szpitalu. Dzisiaj zmianę zaczynam na 7. Nie opłacało mi się wracać.- wyjaśniła bardziej Draco niż sobie. W pokoju stała jeszcze lodówka sięgająca ledwo do pasa, biały stoliczek i  dwa metalowe, beżowe taborety. Na lodóweczce ktoś zamontował blat, obok była półka ze zlewem, nad nim wisiała szafka, pewnie na jakieś kubki czy talerzyki. W rogu klitki stał srebrny, metalowy kosz otwierany przez nadepnięcie na stopkę.
-Siadajcie. Może zrobię herbaty.
-Nie trzeba, kochana!-Wilson chyba wcale nie czuł tej niezręczności panującej między dawnymi kochankami.- Panna Granger jest wybitną lekarką od ciężkich klątw i przypadków. A pan Malfoy- kiwnął głową na trupiobladego chłopaka- Ma niezwykle rzadką chorobę poklątkową.- dziewczyna stała do nich przodem, miała za sobą blat. Kiedy usłyszała diagnozę zrobiło jej się słabo, oczy zaszły jej czernią. Ręce wysunęła do tyłu i oparła się o blat.
-Ej, Granger, wszystko ok?- blondyn wstał z taboretu gotowy złapać ją, gdyby zasłabła.
-Ile?-to pytanie powtarzało się tego dnia już po raz któryś. Nie interesowała ją teraz jego troska. To on był najważniejszy.
-Wstępnie rok.- z największym trudem powstrzymała się od płaczu. Przypomniała sobie najpiękniejszy rok jej życia- rok ich przyjaźni. Sekrety, tajemnice i ukryte spotkania pełne uścisków, rozmów, wspólnego gotowania, czytania książek. To jak kibicowała mu na meczach, to jak wyznał jej miłość, pocałował, jak się kochali... Postanowienia, listy, stały kontakt. Mieli po dwadzieścia lat. Właśnie w tym roku mieli się spotkać. W dzisiejszym liście chciała spytać czy pamięta co sobie obiecali. Była niemal pewna, że pamięta, ale co z tego? Nie jest im dane. Rok. Mogą przeżyć jeszcze tylko jeden piękny rok i straci go na zawsze. Niczego nie żałowała w tej chwili jak tego, że dwa lata temu zdecydowali się rozstać i ułożyć sobie życie osobno by potem układać je razem. Spojrzała w oczy ukochanego. Wiedziała. Była pewna. On czuje do niej to samo, ma te same myśli.- Oczywiście, kochana, jesteś absolutnie niezastąpiona i mam pewność, że z Twoją pomocą i opieką pan Malfoy przeżyje minimum dziesięć lat. A teraz, jak wiesz, nie jestem tu potrzebny, ty dalej prowadzisz pacjenta. Muszę wracać do siebie, daj znać jak coś ustalisz, dobrze?- wstał. Podał im ręce- Będzie dobrze!- rzucił jeszcze dziarsko po czym zamknął drzwi. Patrzyli na siebie w milczeniu by po chwili otępienia rzucić się ku sobie i zatopić w namiętnym pocałunku.
-Cholera, mała, tęskniłem.- powiedział kiedy oderwali się od siebie. Zachowywał się zupełnie tak jakby miał przed sobą wieczność.
-Dwa lata minęły, wiesz?
-Wiem.-przytaknął.- Jak widać było nam przeznaczone się spotkać szybciej niż ustalaliśmy w listach, wiesz?
-Widzę, kochany. Ale... czy to musiały być akurat takie okoliczności? Co ja mam z tobą zrobić? Zrobię dosłownie wszystko by cię uleczyć! Wszystko!
-Dasz radę.- upewnił bardziej siebie niż ją.- Napijemy się kawy i pogadamy?
-Jesteś aż za spokojny.
-Bo wszystko czego potrzebuję stoi przede mną.- poczuła się od nowa tak kochana jak dawniej. Zrobiła im po kubku gorącej kawy, podała mu i usiadła.
-Jak wiesz : pracuję nad ciężkimi przypadkami, ale nie chorób śmiertelnych tylko raczej źle rzuconych zaklęć lub paskudnych klątw. Dziś w nocy usuwałam macki dwóm szalonym handlarkom z Pokątnej, które się pokłóciły i ostro poużywały jedna na drugiej!- parsknął ze śmiechem.- Znasz moją historię, skończyłam kurs w Paryżu, odnalazłam rodziców, ale mam swoją kawalerkę, nie mieszkam z nimi. Zostałam rok temu magomedykiem. Nie miałam nikogo. Ani jednej randki. Pierwszy i jedyny kochanek. Z Ronem rozstałam się zaraz po szkole.
-Dostałem robotę zaraz po studiach. Mój ojciec nawet ze mną nie gada. Z mamą mam świetny kontakt. Zero kobiet i randek. Mam duże, ale nieznośnie puste mieszkanie. Pierwsza i jedyna kochanka.- uśmiechnął się.- Przeczytałem o chorobie w gazecie, chciałem sprawdzić, zbadać się no i proszę. Okazało się, że jestem chory. Pięknie, prawda? Ledwo cię odnalazłem a już niedługo będę tylko kupą prochu!
-Nie mów tak!- wstała krzycząc.- Nie mów! Wyzdrowiejesz, jasne? Zadbam o to! Zawalczę choćby całą sobą! Nie pozwolę ci umrzeć!- zarumieniła się zdając sobie sprawę z wagi tego wybuchu. Pokazała, że go... kocha. Tak, właśnie, kocha.
-Kocham cię.- też wstał, podszedł i mocno ją do siebie przytulił. Najmocniej jak potrafił. Nie panowała już nad emocjami. Płakała wtulona w jego bezpieczne ramiona.-Nie pozwolę cię nikomu skrzywdzić. Będę żył, jasne? Dla ciebie.-pocałował ją w czoło.- Dużo mieliście chorych na to co ja?
-Kilku. Jedno odcięliśmy rękę, drugi oślepł na jedno oko, jeden był bezpłodny a kolejny miał po tym tylko wrzody żołądka.
-Jestem najcięższym przypadkiem?!
-I jedynym śmiertelnym, nie wiem czy oberwałeś. Zrobię ci jeszcze raz badania krwi to odgadnę jak cię leczyć. Zgadasz się? W takim przypadku każdy dzień jest ważny.
-Nawet nie pytaj tylko badaj.- powtórzyła to co wcześniej robił szalony doktor po czym zostawiła szkolną miłość w pomieszczeniu i poszła zbadać krew. Badała ją wiele razy, nawet z panną Lemon. Ale za każdym razem wychodziło to samo. Draco był zdrowy! Nie powiedziała nikomu do kogo należy próbka. Nie miała zamiaru mówić mu o błędzie przy wcześniejszej analizie. W jej głowie zaświtał chytry plan....
 I jak Wam się podoba? :). To koniec drugiej części, ale nie koniec całej miniaturki, do końca tygodnia będzie trzecia część, serdecznie zapraszam :).
Eleonora.

sobota, 17 października 2015

10. "Och, ta Fenixa!" – Ignis aurum probat

     A oto nowy rozdział, dedykowany dla ALEKSANDRA, który chyba jako jedyny troszczy się o naszą dwójkę i komentuje. Naprawdę, nie gryziemy za pisanie swoich opinii o rozdziale! 
Vipera
PS Ostatnio miałyśmy taką rozkminę z Eleanorą- Aleksander, Ty jesteś chyba męską wersją, true Trawlney! Wiesz o czym chcemy napisać rozdział za nim się za niego w ogóle zabierzemy!

     Krzyk narastał jej w gardle. Zerwała się do pozycji siedzącej, czując lodowate kropelki potu spływające jej po plecach. Odgarnęła włosy, opadające jej na twarz i unormowała oddech.Znów to samo. Ten sam koszmar, który nie dawał jej spokoju od końca wojny. Wyślizgnęła się z łóżka. Szybko narzuciła siebie pierwsze lepsze ciuchy i chwytając za różdżkę, opuściła dormitorium. Wyszła z Pokoju Wspólnego. Nie interesowało jej nic. Panicznie potrzebowała świeżego, lodowatego powietrza, którego nie mogła dostać w lochach. Flicha i Norris nigdzie nie spotkała.
Głupia ma zawsze szczęście- pomyślała z przekąsem, czując jak nocne powietrze, składa delikatne pocałunki na jej rozgrzanej skórze. Spokojnie podążyła na pomost, gdzie usiadła i uprzednio zrzuciwszy rozklekotane trampki z nóg, zamoczyła stopy. Westchnęła ponownie i odchyliła z błogością głowę w stronę nieba. Było ono granatowe i upstrzone gwiazdami. Uśmiechnęła się lekko. W jej rodzinnym ogrodzie nie była w stanie ich zobaczyć, przez te durnowate drzewa, które posadziła jej matka. Jakby nie mogła ich umieścić od frontu. W sumie, wiedziała czemu wielka Natasza tego nie zrobiła. Wiele razy Fenixa wślizgiwała się na dach domu i leżała na nim, wpatrując się w gwiazdy. Jak przez mgłę przypomniała sobie historię opowiadane przez jej babcie, jedyną kobietę w rodzinie, która ją akceptowała. Močiute* mówiła jej, że każda gwiazda to różdżka, która w tęsknocie za swoim panem umarła i poszła z nim do nieba. Natomiast każda spadająca gwiazda to rzucone przez nią zaklęcie, za którym tęskni. Babcia Sasza nie lubiła Baśni Beardla. Wolała te ludowe na przykład o Dzikim Polowaniu, powstaniu Litwy. Urzekła tym wówczas sześcioletnią Fenixę. Fen chyba jedyna w całej rodzinie, tak bardzo przeżyła jej śmierć.
-Panno Romanow!
Zaklęła pod nosem i odwróciła głowę. Zobaczyła profesor McGonagall u boku jakiegoś znacznie młodszego mężczyzny, gdzieś tak koło 30-stki. Patrzył na nią z rozbawieniem w stalowoszarych oczach.
-Och dzień dobry, pani profesor! Cudowne dziś niebo, prawda?- spytała, wysuszając zaklęciem stopy i ponownie ubierając trampki.
-Panno Romanow, co ty tutaj robisz?- westchnęła zrezygnowana.
-Pani profesor- Fenixa rozłożyła ręce w geście bezradności- Obawiam się, że nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Filozofowie zarówno mugolscy jaki i czarodziejscy zastanawiają się nad tym zagadnieniem od setek lat..
Mężczyzna wybuchnął śmiechem zupełnie ignorując mordercze spojrzenie dyrektorki.
-To - wskazał na nią palcem z wielkim sygnetem- była doskonała odpowiedź.- pochwalił. Fen dygnęła zgrabnie, po czym odrzuciła kilka zbuntowanych kosmyków, które opadły jej na twarz.
-Dziękuję, panie Black.- wyszczerzyła się w uśmiechu, po czym ruszyła w stronę dorosłych.
-Skąd wiesz, że jestem Blackiem? - poczochrał swoje przydługie włosy. Dziewczyna uśmiechnęła się z politowaniem.
-Na następny raz, jeśli nie chce być pan rozpoznany, radzę nie zakładać sygnetu- zwróciła się do McGonagall- Skoro zostałam przyłapana na tej gorącej randce z jeziorem, będę zmykać do dormitorium. Jutro powie mi pani o szlabanie, dobrze?
Kobieta tylko machnęła dłonią zrezygnowana.
-Idź dziewczyno i uważaj na Argusa.- nakazała.
-Niech się pani nie przejmuje! Złego diabli nie biorą!- zawołała przez ramię ze śmiechem i zniknęła w mroku zamku, nie czując bacznego spojrzenia stalowo-szarych oczu.
     Dziękując w duchu Merlinowi, że nie wygląda jak Infernus, weszła do Wielkiej Sali. Była ona już do połowy zapełniona uczniami. Kakofonia ich rozmów, pogorszyła tylko stan Fenixy. Skrzywiła się słysząc zbiorowy pisk ze strony "ślicznotek" jak nazywała groupis co przystojniejszych Ślizgonów. Żeby jeszcze było się czym podniecać... Opadła na swoje krzesło, naprzeciw Blaisa i Draco, po czym oparła głowę na łokciu, przymykając jednocześnie oczy.
-Milczeć. Albo wykastruje. - oznajmiła, nawet nie patrząc na chłopaków.
-Piłaś?- spytał rozbawiony Zabini. Dziewczyna spiorunowała go wzrokiem. Picie było tym na co miała ochotę teraz, nie wcześnie.
-Nie wyspałam się w nocy.- wyjaśniła. Oparła głowę o wątłe ramię, siedzącej obok Daphne.- Daph, utnij mi głowę, żeby nie bolała! - jęknęła. Nie przyjaźniły się, dopiero zaczynały znajomość, ale zapowiadało si to obiecująco, ponieważ wiele ją łączyło. Dziewczyna uśmiechnęła się krzywo.
-A kto mi pomoże, wkurzać Davis, co?- spytała.
-Mój przyszły nie doszły. - odparła Romanow. Greengrass parsknęła śmiechem.
-Sorry Fen, ale nie.- wzruszyła ramionami, tym samym strącając głowę rudej.
-Ale z ciebie koleżanka.- mruknęła, siadając prosto. Daphne posłała jej buziaka, imitując przy tym swoją młodszą siostrę.
-Lepszej mieć nie będziesz. - uśmiechnęła się. Fen wzięła z talerza Blaisa tost z dżemem dyniowym.
-Ej, grabisz sobie Kitty**!- oznajmił brunet, grożąc jej palcem.
-Kitty?- powtórzył Draco prawie dławiąc się kawą. - Zebrało ci się na czułości?
-Prawa autorstwa są zastrzeżone!- odpowiedział czarnoskóry. Jego narzeczona jęknęła.
-Nie umiecie się zachować, więc idę do bardziej cywilizowanego towarzystwa.- oznajmiła Romanowa, biorąc grzankę i wstając od stołu. Spokojnym krokiem wyszła z Wielkiej Sali, gdy usłyszała jak ktoś ją woła. Westchnęła i odwróciła się. McGonagall podeszła do niej spokojnie, z gracją.
- Dobrze, że cię widzę. - uśmiechnęła się delikatnie. - Nie dostaniesz ode mnie szlabanu, ale prosiłabym o zaprzestanie kolejnych, nocnych wycieczek. Jasne?- zasadniczy ton kontrastował z radosnymi ognikami w oczach.
- Dziękuję. Postaram się opanować moje instynkty samozachowawcze. - wyszczerzyła zęby.
- Żarty na bok, moja droga. Do widzenia. - dziewczyna skinęła głową i skierowała się do lochów. W połowie drogi jednak zatrzymała się. Nie chciała spędzić weekendu bijąc się z myślami, gdy mogła iść do wioski i jeszcze zawlec tam Hermionę! Szybko odwróciła się by pognać ku Wieży Gryffindoru. Po około dziesięciu minutach, dumna ze swojej świetnej kondycji, znalazła się w zasięgu wzroku Grubej Damy.
-Hej, Gryfonie!- zawołała widząc, jakiegoś chłopaka wchodzącego przez dziurę w portrecie. Postać zatrzymała się, wlepiając w nią wzrok.
-Cześć, Ślizgonko.- powitał ją. Mówił z wyraźnym irlandzkim akcentem.
-Drogi, Gryfiaczku mógłbyś mi zawołać, Hermionę? - spytała. Spjrzał na nią nieufnie. - Nie licz na prośby ani oczy kotka, dobrze ci radzę. - sarknęła zirytowana. Chłopak wybuchnął śmiechem, ale skinął głową.
-Jak nie będzie chciała, przyjść to co mam jej powiedzieć?- spytał.
-Hm...że krwawię i że potrzebuję kogoś, kto spisze moją ostatnią wolę.- machnęła dłonią, zbywając go. - Zdaje sie na twoją kreatywność, Gryfonie. - udawała ton swojej matki, cho on, przecież nie mógł tego wiedzieć.
-Cóż za łaska, Ślizgonko.- parsknął rozbawiony. Nim się obejrzała, zniknął w dziurze za portretem. Fenixa oparła się o ścianę i zadarła głowę w stronę sufitu. Prawdę mówiąc przydałoby się jeszcze jakieś towarzystwo... Szybko dobyła różdżkę i rzuciła nią zaklęcie patronusa. Srebrny feniks pomknął ku Wielkiej Sali, gdzie zapewne siedziała adresatka wiadomości. Rudowłosa prosiła w duchu by Daf zorientowała się o co chodzi w zdaniu ''Na pola chmielowe robotnicy wychodzą o dziesiątej''. Liczyła także, że feniks to wyszepta, a nie wykrzyczy jak na plaży ostatniego lata. No i oczywiście, żeby Blaise się nie dowiedział, co planuj Inaczej od razu były powód, żeby się przyczepić, twierdząc, że nie puści jej samej. A ona nie miała pięciu lat i nie potrzebowała rycerza na białym koniu, który ciągle by ją chronił. W chwili obecnej chciała faceta z którym mogłaby wypić, szczerze pogadać, poplotkować, ale też wypłakać się i przeklinać na cały świat. Niestety- ideały nie istnieją. Tak jej się przynajmniej wtedy wydawało.
-Co jest, Fenny?- zamyślona oderwała wzrok od sufitu i spojrzała na nadchodzącą Daphne. Dziewczyna była urodziwa, to trzeba było przyznać. Miała mahoniowe włosy do łopatek i hipnotyzujące oczy w tej samej barwie, jednak największym jej atutem była naturalność, czyli cecha tak bardzo pominięta przez jej siostrę. Jedynym minusem Daf wychowanie w idei "czystości krwi", lecz z tym dziewczyna dawała sobie radę. Jako jedna z nielicznych ze Slytherinu, już przed wojną twierdziła, że nie przyjaźni się z krwią, lecz z ludźmi. To był jeden z wielu innych powodów, dla których to Litwinka wybrała ją na kandydatkę do przyjaźni.
-Idziemy się upić, kochana. I to tak, że nie będziemy pamiętać swoich nazwisk.- oznajmiła, gdy w tym samym czasie portret Grubej Damy otworzył się z hukiem i wyleciała z niego Hermiona. Na jej twarzy malowało się przerażenie.
-Fenixa, co się dzieje? Seamus mi powiedział...- panna Granger zamarła, widząc rozbawioną minę Ślizgonki - Ty jesteś naprawdę okropna.- parsknęła zirytowana.
-O jejku, Herm, nie obrażaj się. To był jedyny sposób by wyciągnąć cię z tej jaskini. W ramach przeprosin zapraszam cię na gorąca randkę ze mną i z Daphne. Odpowiedzi nie przyjmuję! - wykrzyknęła.
-Muszę?- Gryfonka zrobiła niepewną minę. - Mam zakaz wychodzenia z zamku, pamiętasz? Nie powinnam. Tym bardziej nie na randki. - skrzyżowała ręce.
- Ten jeden jedyny raz zaszalej! No raz, nic ci nie będzie, pójdziemy tam, gdzie nikt cię nie zaczepi, proszę... - ułożyła ręce w błagalnym geście. Granger myślała nad tym chwilę.
- Obyś miała rację. Nie zawiedź mnie. Idę po kurtkę. - westchnęła zrezygnowana. Obydwie doskonale wiedziały, że zgadza się tylko i wyłącznie dla odstresowania oraz skuszona ofertą anonimowości. Zniknęła za portretem.
-Serio, gorąca randka?- spytała ciemnowłosa.
-No chyba nie powiesz, że gdybyś była facetem, to byś na mnie nie leciała!- oburzyła się.- Jestem przecież piękną, czarującą damą! - obróciła się wokół własnej osi, tak jak kazała jej robić mama w dzieciństwie.
-Nie. I obawiam się, że Gryfiaki podzielą moje zdanie .- odparowała Greengrass.
- Jak sobie chcesz. - udawała obrażoną. Po chwili, ku ogólnej uldze, wybawiając je od konieczności ciętych ripost, pojawiła się Granger.
     Hogsmade przywitało je tłokiem ludzi i gwarem ich rozmów. Przerażało to Hermionę, która naprawdę liczyła na anonimowość. Po raz kolejny poczuła się po prostu naiwna. Narzuciła mocniej kaptur na głowę, zdejmując go dopiero po wejściu do jakiegoś parszywego pubu. Nawet tam z trudem udało im się odnaleźć pusty stoli. Na zamówienie alkoholu, musiały czekać z dobre półgodziny. W końcu jednak udało im się, w spokoju dobić do barmana i zasiąść w spokoju przy szklaneczkach Ognistej Whiskey. Fenixa niczym uczestniczka w zawodach picia wlała w siebie dwie szklanki. Daf jedną i dwa drinki, a Herm, zmuszona w dodatku, z trudem wypiła pół mocno rozcieńczonego drinka, tłumacząc sobie, że może, bo jest pełnoletnia. Niestety, niewiele to zmieniło, nadal czuła, że to nieodpowiednie. Na szczęście Daphne wybawiła ją od dalszej analizy za i przeciw, zaczynając intelektualną dyskusję o numerologii, tym samym pozwalając Fenixie zatopić się w myślach o Blaise Zabinim. Nie był jej ideałem. Ha! On nawet nie był do niego zbliżony choćby w pięciu procentach. A mimo wszystko, czuła się przy nim dziwnie. Miała irracjonalne poczucie, że on może zapewnić jej szczęście i bezpieczeństwo. Pokręciła głową zdegustowana sentymentami na jakie jej się zbierało. Zamówiła zatem kolejne dwie szklaneczki cudownie palącego w gardło płynu. Doskonale wiedziała, że jeśli sama nie zawalczy o swoje szczęście, to będzie mogła tylko o nim marzyć. A jeśli chodzi o bezpieczeństwo to akurat on należał do tego typu chłopców, którzy je odbierali. Nie potrzebowała nikogo.
Kłamstwo! - zawył jej umysł.- Zawsze kogoś potrzebowałaś. Najpierw szukałaś oparcia w Siergieju. Nie wyszło, bo tylko wykorzystywał twoją moc. Ivan? Tak , był dla ciebie oparciem, ale miał kompleks rycerza na białym koniu. A teraz? Teraz moja kochana niestety, ale padło na Draco. Dlatego, chcesz mu pomóc. Przyznaj się. Nigdy nie robisz czegoś bezinteresownie.-Hej, Fen! - ktoś nią potrząsnął. Uniosła głowę i spojrzała na zmartwione przyjaciółki, pochylające się nad nią.
- Mówimy cię od pięciu minut!- zaniepokoiła się Gryfonka.
-Byłam zajęta myśleniem nad swoją zajebistością.- skłamała, szczerząc się sztucznie. Zakręciło jej się w głowie. Daphne uśmiechnęła się porozumiewawczo, a Hermiona przewróciła oczami, przyzwyczajona do takich odzywek. Ta pierwsza zamówiła sobie kolejnego drinka, co nie było dobrym pomysłem biorąc pod uwagę jej słabą głowę. Gryfonka krzywiąc się odsunęła od siebie niedopity napój alkoholowy, ale zaopiekowała się nim Romanow. Odstawiła szklankę z głośnym hukiem. Dostrzegła dwóch wysokich typów spod ciemnej gwiazdy. Skrzywiła się, ale nie przez alkohol.
-Chłopcy- cóż za subtelne określenie - pytali, czy mogą się przysiąść.- Daphne rzuciła jej znaczące spojrzenie. Przekaz był jasny. Spław ich. Sama nie mogła tego zrobić z jednej prostej przyczyny - mówiła jakby osa ugryzła ją w język. Alkohol zaczynał działać ze zdwojoną mocą.
-W sumie i tak miałyśmy iść. - wyjaśniła spokojnie. - No, zbieramy się dziewczynki! - zarządziła niczym kwoka, wstając. Hermiona pospiesznie podniosła się z miejsca, łapiąc pod ramię pijaną Daf. Tamta z trudem wstała, by z ogromnymi problemami iść trzymana pod ręce prosto do drzwi. Po wyjściu, przezorna Granger szybko ubrała kurtkę, korzystając z tego, że Fen próbowała utrzymać Dephne. Następnie, po zarzuceniu sobie kaptura, uczyniły anonimową także najbardziej pijaną z całej trójki. Z trudem wlokąc Greengrass, ruszyły w stronę Hogwartu. Po dotarciu na miejsce plan Grygonki był prosty : dostarczyć Daf do jej dormitorium, spokojnie wrócić do siebie. Roześmiana Fenixa, znajdująca się w fazie pijackiej radości, zaproponowała kolację w Wielkiej Sali. Po usłyszeniu odmowy tylko czekała na szansę do realizacji planu. Doczekała się. Jej przyjaciółka puściła na moment ramię pijanej towarzyszki, schylając się w celu zawiązania buta. Nie zdążyła jeszcze dobrze wstać, kiedy Fenixa biegnąc jak zraniona łania, ciągnąc za sobą lekko już ożywioną koleżankę, dobiegły do WS. Po dotarciu tam Granger okazało się, że obydwie, dumnie i zaczepnie, usiadły przy stole Gryfonów. Zdegustowana, chcąc zapobiec zbliżając się tragedii, dobiegła do nich, usiadła i udawała, ze wszystko jest w jak najlepszym porządku.
-Mi się wydaje, czy cnotka Granger siedzi tam z moją pijaną panną, co?- przerażony Blaise zapytał przyjaciela.
- Bingo. - upił odrobinę dyniowego soku. 
- Ale ona nie powinna tam być... - po raz pierwszy od dawna Zabini poczuł się skonsternowany.
- Ależ jesteś spostrzegawczy. - skwitował Malfoy.
- Nie śmiej się, będę musiał ją zanieść. - westchnął zszokowany.
- Mogłeś się tego spodziewać, no sorry, stary. - wzruszył ramionami. - Na tym polega związek. - wlał sobie ziołowej herbaty licząc, że dzięki niej lepiej zaśnie.
- Oho, widze, że otwierasz rubrykę porad? - już nie patrzył na narzeczoną, tylko na kumpla. Czuł rosnąca irytację. - Moja narzeczona, moja sprawa. Idę uratować moją damę! - wypiął dumnie pierść.
- A nie strzelisz babskiego focha, że narobiła ci wstydu?- spytał, domyślając się odpowiedzi.
- Jasne, że nie. Robi więcej szumu wokół mnie, a to tym lepiej. - zaświergotał, zapominając o ruszeniu z pomocą.
- Stary, wszystkie inne byś zjechał i porzucił. A jej chcesz ruszać na pomoc. Zastanów się. Serio. Albo ci kompletnie padło na ten pusty czerep, albo się zakochałeś w naszej litewskiej furiatce. - upił łyk mdłej, ziołowej herbaty. -  Chociaż to pierwsze nie wyklucza tego drugiego po dłuższym zastanowieniu... - teatralnie mlasnął.
- Odłóż te ziółka lepiej bo ci szkodzą.- mruknął. To nie mogła być prawda. Nie mógł się zakochać w Fenixie, bo... no po prostu nie mógł. Do jasnej cholery, on się nazywał Blaise Zabini! Zakochanie! Też coś! Zakochać się mógł Puchon, Gryfon lub Krukon, ale nie on! Ślizgon mógł tylko ulec fascynacji. Tak fascynacja, to odpowiednie słowo. Poza tym, zakochanie nie pojawia się po tygodniu. Prawda...?
-Zabini! - nie dane mu było dalej tego roztrząsać.Do stołu Slytherinu podszedł Finningam z dłońmi w kieszeniach,
- Hermiona prosi, żebyś zabrał swoją narzeczoną z blatu. Bo tak jakby to powiedzieć... twoja laska i Greengrass zasnęły przy naszym stole. Weźmiesz Fenixę do dormitorium? - spytał trzymając dłonie w kieszeniach. Malfoyowi i Zabiniemu przypomniało się, że mieli interweniować. Spojrzeli jednocześnie w kierunku owej szopki i dostrzegli zawstydzoną Hermionę, która z całych sił próbowała podnieść Daf, tłumacząc się przy tym z występku Ślizgonek. Czarnoskóry wetschnął i skinął głową. Wstał od stołu i poszedł po narzeczoną. Wziął ją na ręce i mimowolnie uśmiechnął, gdy wtuliła się w jego pierś.
-Smoku, weź Daphne!- zawołał przez ramię.
-Daj mi zjeść! Przecież Greengrass nie lunatykuje, więc mi nie ucieknie! - przez salę przeszła owa odpowiedź.
Blaise parsknął śmiechem pod nosem i skierował się do lochów. Ciężkie perfumy jego narzeczonej skutecznie otępiały jego zmysły. Spokojnym krokiem wszedł do jej dormitorium i już kładł ją na łóżku, gdy usłyszał jej zaspany głos.
-Blaise...- Odwrócił się i spojrzał w jej ledwo otwarte oczy.
- Zasnęłaś w Wielkiej Sali.- zaczął tłumaczyć, ale mu przerwała.
- Śpij ze mną. - mruknęła i pociągnęła go za rękaw, tak że wylądował obok niej. Wtuliła się w niego, obejmując w pasie. - Nie chcę mieć koszmarów. - Westchnął, widząc, że po wypowiedzeniu tego zdania,  zasnęła. Nie chcąc jej budzić, nakrył ją kołdrą i zanurzył twarz w jej włosach. Już po chwili spał, zdając sobie sprawę, że przepadł. I że nie ma dla niego żadnego ratunku.

*Močiute- z litewskiego babunia
**Kitty- zdrobnienie od drugiego imienia Fenixy, Katarina